Kafka pisał: „Lecz literaturą jestem,
niczym innym nie jestem i niczym innym być nie mogę”.
– te słowa Franza Kafki przypominam w artykule o życiu i twórczości autora
Procesu, o pułapce miłosnego związku, chorobie i wreszcie o śmierci,
która – jak sam pisał – jawiła mu się jako wyzwolenie.
czytaj dalej →
W 1907 roku w jednym z lutowych numerów berlińskiego tygodnika literackiego „Die Gegenwart” ukazało się omówienie sztuki Franza Bleia, popularnego wówczas pisarza, dramaturga i wydawcy. Tekst kończy się następująco:
Dowodem wysokiego poziomu, jaki osiągnęła dziś niemiecka literatura, jest fakt, że mamy kilku pisarzy zdolnych sprostać jej wysokim wymaganiom – takich, którzy ozdabiają najbardziej różnorodne aspekty istnienia swoją sztuką i okrucieństwem. Heinrich Mann, Wedekind, Meyrink, Franz Kafka oraz kilku jeszcze, wraz z autorem tej sztuki, należą do tego namaszczonego towarzystwa.
Zaiste godne towarzystwo. Heinrich Mann był już wówczas uznanym autorem, a Wedekind i Meyrink cieszyli się niemałą popularnością wśród czytelników z kręgu języka niemieckiego. Zaliczenie Kafki do grona ówczesnych tuzów literatury było dla 24-letniego Franza dużym wyróżnieniem. Rzecz w tym, że przyszły autor Zamku nie opublikował do owego dnia nawet jednej linijki – o czym Max Brod, autor tekstu w „Die Gegenwart”, doskonale wiedział.
Młodszy od Kafki o rok Brod miał już na swoim koncie udane próby literackie: pisywał eseje, recenzje i wiersze, a w 1906 roku ukazała się jego pierwsza książka. Znajomość Broda z Kafką datuje się od października 1902 roku. Spotykali się niemal codziennie, prowadząc ożywione, niekiedy pełne sporów rozmowy o sztuce, filozofii i literaturze.
A jednak dopiero po ponad dwóch latach Kafka zwierzył się przyjacielowi, że sam również para się literaturą.
„Przez kilka lat obcowałem z Kafką, nie wiedząc, że pisze”
– wspomina Brod w poświęconej Franzowi biografii, nie kryjąc, że skrytość przyjaciela wprawiła go w zdumienie, a zarazem wzbudziła naturalną ciekawość.
Dopiero po wielu usilnych namowach Franz zdecydował się pokazać Maxowi kilka swoich utworów. Brod był pod ogromnym wrażeniem tego, co przeczytał. W krótkich tekstach, już wtedy zdradzających charakterystyczny styl Kafki – spokojną narrację i skrupulatność opisów zestawioną z niezwykłością przedstawianych zdarzeń – rozpoznał zalążki talentu na miarę geniusza.
Wzmianka w „Die Gegenwart” nie była w żadnym razie „figlarnym żartem”, jak sam Franz to później skwitował. Postawienie Kafki w jednym szeregu z ówczesnymi głośnymi ludźmi pióra nie było ze strony Broda przyjacielską przysługą, lecz starannie przemyślaną prowokacją – obliczoną na zwrócenie uwagi świata literackiego na pisarza, który, zdaniem Broda, zasługiwał na bliższe poznanie.
Nic już nie będzie tak jak dawniej. Czy aby na pewno?
W świecie anglojęzycznym określenie travel light oznacza „podróżowanie z lekkim bagażem”. Zalety? Większa swoboda ruchu (czyż nie stawiamy na wolność?), łatwość przemieszczania się, uwolnienie od roli stróża własnego dobytku, możliwość skupienia uwagi na tym, co w przemierzaniu świata najcenniejsze: kontemplowaniu widoków, poznawaniu nowych miejsc, spotkaniach z ludźmi, zbieraniu doświadczeń, wyciąganiu wniosków, zdobywaniu wiedzy.
czytaj dalej →
A gdyby tak zasadę travel light uczynić stałą praktyką życia?
Pozbyć się balastu niepotrzebnych dóbr, śmieciowych idei, zwodniczych miraży podsuwanych przez sezonowych celebrytów, pragnień podsycanych reklamami. Czy to projekt realny, czy jedynie życzeniowe myślenie zrodzone pod wpływem okoliczności? Zwłaszcza teraz warto zamiar porzucenia balastu przemyśleć na poważnie, a jeszcze lepiej zacząć go realizować. Rzadko przecież się zdarza, by Historia dawała nam ku temu tak znamienną sposobność.
Pandemia niemal z dnia na dzień cofnęła nas na linię startu. Zatrzymała wyścig po jeszcze lepsze smartfony, jeszcze bardziej inteligentne samochody, jeszcze większe apartamenty, jeszcze więcej „lajków”. Prawdziwy świat okazał się inny, niż nam wmawiano – i teraz na potęgę próbujemy się w nim odnaleźć.
Racjonujemy zgromadzoną w domu żywność, by ograniczyć do minimum wyprawy do sklepu. Polegamy na życzliwości sąsiadów, choć tylko kilka kliknięć myszką dzieli nas od tysięcy fejsbukowych znajomych. A telewizyjne reklamy sprzed zaledwie trzech tygodni wydają się dziś oddalone o całe lata świetlne od otaczającej nas rzeczywistości.
Paradoksalnie w obliczu globalnego zagrożenia mit o równości wydaje się wreszcie ziszczać – choć nie w sposób, o jakim byśmy marzyli. Ze zdziwieniem odkrywamy oczywiste przecież prawdy, jak choćby tę, że wszyscy podlegamy prawom biologii. Choroba nikogo nie dyskryminuje i dla nikogo nie ma względów. Sięga po biednych i bogatych, za nic ma autorytety, nie ugnie się przed siłą, kosi koronowane głowy, gwiazdy filmowe i zwykłych zjadaczy chleba. Młodości też nie oszczędza.
Owszem, za pieniądze możesz zafundować sobie prywatną klinikę z personelem i najnowocześniejszym respiratorem. Cóż ci jednak z tego, jeśli przyjdzie dzień, gdy nie będzie komu go obsługiwać?
Wróg jest niewidzialny, nieprzewidywalny, nieprzekupny – i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
W tych dniach często słyszymy, że świat, który wyłoni się z mroków pandemii, nigdy już nie będzie taki jak przedtem. Zastanawiająco zgodnie – choć zapewne nie zawsze mając na myśli to samo – hasło to głoszą ekonomiści, analitycy, przywódcy religijni, socjologowie, różnej maści politycy, filozofowie i domorośli prorocy.
Jedno jest pewne: zestawione obok siebie dwa wielkopostne obrazy – papież stojący samotnie na pustym placu św. Piotra oraz madryckie lodowisko Palacio de Hielo zamienione w kostnicę – zapiszą się trwale w historii XXI wieku.
Świat wyraźnie zwolnił, na moment chyba się zatrzymał; może właśnie obiera nowy kierunek. Jeśli nastąpi zmiana, chciałoby się wierzyć, że będzie to odmiana na lepsze i że przyjmie trwały charakter. Czy tak się stanie?
Warto obserwować, kto w czasie po pandemii stanie się bohaterem zbiorowej świadomości: lekarz z pierwszej linii frontu w walce z zarazą czy piosenkarka chwaląca się na Instagramie nową torebką. W chwilach próby skorzy jesteśmy do składania wielkich obietnic, potem o nich zapominamy. Jak będzie tym razem?
Kiedy dołączałem do grona użytkowników Facebooka, towarzyszyła mi nadzieja, że nowa platforma stanowić będzie forum do wymiany poglądów i doświadczeń, zarazem zapewniając sposobność do budowania pozytywnych relacji między fejsbukowiczami.
Medium społecznościowe wydawało się stosownym narzędziem, by w świecie „samotnych wysp” zmniejszać odległości i niwelować niepotrzebne różnice.
czytaj dalej →
Jednocześnie Facebook postrzegałem jako swego rodzaju bibliotekę – nieustannie rosnący zbiór obrazów, opinii i artefaktów, gdzie każdy może coś od siebie zaoferować oraz śledzić poczynania innych. Otwartość na poglądy, których niekoniecznie podzielamy, ciekawość świata rozumiana jako podążanie wieloma ścieżkami – to od wieków oczywista droga do poszerzania jednostkowej i kolektywnej wiedzy oraz narzędzie do budowania autentycznej, a nie tylko deklarowanej tolerancji.
A tymczasem? Facebook stał się terenem walki międzyplemiennej – i nie mam na myśli wyłącznie polskich realiów. Pod sztandarami równości i tolerancji głosimy „jedynie słuszne poglądy”, z zaciekłością konkwistadorów zwalczając inne postawy. „Debata” stała się pustym słowem, skoro z góry zakładamy, jakie argumenty należy uznać, a jakie zasługują na potępienie. Werbalna pałka zastąpiła sztukę dyskutowania, a wulgaryzmy stały się narzędziem do akcentowania swych racji. Dziękuję, beze mnie.
Zamknięci we własnych bańkach, a przecież przekonani o własnej wrażliwości na wieloraki obraz świata, rozsyłamy treści na odległość śmierdzące oszustwem, klikamy oczywiste fejki i podpisujemy się pod setkami apeli, nie próbując nawet wczytać się w ich treść. Ważne jest tylko, by oponentowi dołożyć, a „swoim” przypisać chwałę. Najwyraźniej zapominamy, że kiedy innych obrzucamy błotem, brud przywiera również do nas. Z wojny, w której osiem ***** *** ma zastąpić argumenty, nikt nie wyjdzie czysty.
Gdzie podziali się śmiałkowie gotowi wystawiać na szwank własny prestiż dla obrony własnych poglądów, narażający własny autorytet dla sprawy, w którą bezgranicznie wierzą? Tak pojmowany indywidualizm jest na wymarciu. Królują kolektywizm, plemienna lojalność, opacznie rozumiana wspólnota interesów, asekuranctwo, anonimowość, bezpieczna bylejakość, chowanie się za plecami innych.
Dlatego na pytanie „Facebook czy book?” odpowiadam: „book”. I nie mówię tak jedynie z pozycji pisarza.
Sándor Márai, jedna z wielkich postaci XX wieku, pisarz-tułacz do końca wierny artystycznemu powołaniu, prawdzie i obowiązkom wobec ojczyzny, którą niósł w sercu przez długie lata tułaczki przez Szwajcarię, Włochy i ostatecznie Amerykę.
czytaj dalej →
Dziennik Máraiego jest jedną z najbardziej „sczytanych” i „oznakowanych” książek w mojej bibliotece (właśnie ukazał się piąty, ostatni już tom rozszerzonego wyboru dzienników Máraiego, które obejmują lata 1943–1989, w doskonałym przekładzie Teresy Worowskiej).
Sándor Márai to, obok Goethego, Kleista i Kafki, jedna z głównych pisarskich figur, które stanowią dużo więcej niż tło dla pierwszoplanowych bohaterów Niekompletności (2010). To, że Niekompletność powstała, zawdzięczam w równym stopniu mojej fascynacji Kafką, co lekturze kolejnych przybliżanych światu powieści Máraiego, poprzedzonej niespiesznym poznawaniem pisarza przez jego dzienniki.
Kto zna ostatnie dni i godziny życia Sándora Máraiego, ten ze szczególnym wzruszeniem przeczyta ostatnie zdanie zamieszczonego poniżej fragmentu Niekompletności:
Sándor Márai. Bo przywołałem też śmierć Máraiego, myśląc, że nie tylko od Kleista, ale od niego właśnie mógłby Goethe brać lekcje praktycznego werteryzmu. (…) Jak zwykle dużo ciepłych uczuć do Máraiego. Próba zrekonstruowania jego rozkładu dnia. Z góry skazany na niepowodzenie zamiar odczytania myśli. Mimo to uległem pokusie.
Zatem: o czym myślał, kiedy czytał ostatnie zapiski Kafki w Dziennikach? Otworzyłem tom i próbując pójść śladem Máraiego, przebiegłem wzrokiem znane na pamięć zwierzenia Franza: „Ostatnio straszliwe okresy, niezliczone, prawie bez przerwy, spacery, noce, dnie, do niczego niezdolny prócz bólu”. I na koniec: „Więcej niż pociechą jest stwierdzenie: ty też masz broń”.
Jednym ze wspomnień dzieciństwa, które przechowałem nie tylko na zdjęciu, są jasełka w przedszkolu przy parafii św. Józefa w Łodzi, prowadzonym przez siostry ze Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny. Jest rok 1961, za kilka miesięcy przedszkole, jak i inne instytucje przykościelne, decyzją ówczesnych władz państwowych zostanie zamknięte.
czytaj dalej →
Tymczasem przeżywam swoją wielką chwilę. Jestem jednym z trzech króli, tym, który Dzieciątku przynosi w darze złoto. Czuję się wyróżniony – i onieśmielony. Wnętrza, które widuję na co dzień, zamieniły się w teatralną scenę, dobrze znane przedmioty nabrały nowego znaczenia.
To wspomnienie, ubrane w szaty fikcji, wplotłem do powieści Zła krew (Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2010). Jej fragment dzisiaj przytaczam. Narrator ma niespełna pięć lat, właśnie szykuje się do odegrania swojej pierwszej roli.
Fragment:
Czekaliśmy w ciemnym przedsionku kościoła. Rotmistrz Roch na byle szmer pokazywał krzyż nad kropielnicą i przykładał palec do ust.
Sztuczna broda łaskotała mnie w nos. A jeśli kichnę i odpadnie? Wolną ręką sprawdzałem, czy broda trzyma się na gumce.
– Już czas – powiedział rotmistrz niewyraźnie; usta po lewej stronie miał zniekształcone od kuli. – Sza! On patrzy z góry.
Stąpaliśmy za nim po posadzce jak po lodowej tafli, uważając, by nie przydepnąć długich płaszczy. Przed ołtarzem przyklęknęliśmy. Wyszliśmy bocznymi drzwiami, prosto pod niebo rojne od gwiazd. Popatrzyliśmy po sobie zmieszani.
– Gwiazda Betlejemska – zawyrokował Roch, wędrując palcem po niebie.
Mateusz czekał tuż za progiem świetlicy, na tle papierowej dekoracji udającej wnętrze pałacu w Tyberiadzie. „Was jest trzech, król Herod jeden!” – natrząsał się z nas przez ostatni tydzień. Puszył się teraz w purpurowym płaszczu i koronie, ponoć wypożyczonych z prawdziwego teatru. Recytował swoją kwestię tak zapalczywie, że słychać go było pewnie aż na kościelnym dziedzińcu. „Niech się stanie twoja wola” – odpowiedzieliśmy w trójkę zgodnym chórem, choć chciało nam się śmiać. Wszystkim wiadomo, że Heroda ostatecznie wystrychniemy na dudka.
Przynaglani przez rotmistrza, z darami kierujemy się na środek świetlicy. Za Marię przebrała się młodsza siostra Renaty, Józefa gra bratanek księdza Antolaka, wikariusza parafii, której nomen omen patronuje święty Józef. „Przynosimy Ci mirrę, złoto i kadzidło” – powtarzam z Melchiorem i Baltazarem, kładąc złoto z papieru mâché przed plastikowym Dzieciątkiem. „Trochę mi Cię żal – nachodzi mnie myśl. – Rok w rok dostawać to samo?”
Ksiądz Antolak wymknął się z sali. Siostra Janina zagrała na fortepianie „Bóg się rodzi”.
– A prezenty? – wrzasnął Herod.
Pogroziła mu palcem.
– Najpierw kolędy.
Wikariusz wrócił przebrany za Świętego Mikołaja, dźwigając worek z prezentami: w każdej z przezroczystych toreb po tyle samo cukierków, pomarańczy, czekoladek i orzechów. Mateusz dostał dodatkowo paczkę od ojca. Wdrapał się na podest opuszczony przez Świętą Rodzinę, otworzył paczkę i zaczął się obstawiać ojcowskimi zabawkami.
W myślach dziękowałem siostrze Janinie, że właśnie jego wybrała do roli Heroda. Od połowy grudnia codziennie czytywała nam historie biblijne i nie było dla nikogo tajemnicą, jaki koniec czeka króla Judei.
Kiedy wybuchła wojna z bolszewikami, dziadek Michał miał nieco ponad szesnaście lat. „Postarzał się” nieco i zgłosił się na ochotnika do wojska. Nie sądzę, by zdawał sobie sprawę, że bierze udział w czymś wielkim, że za sprawą dziesiątków tysięcy takich jak on tworzy się Historia.
czytaj dalej →
Dołożył swoją cegiełkę do zwycięstwa. Przeżył.
Kiedy przyszła kolejna wojna, hitlerowcy wysłali go na roboty do Niemiec. Kopalnia, głodowe porcje, nieludzkie warunki pracy. Przeżył. Kiedy przyszli alianci, wrócił do żony i dzieci.
Byłem za mały, by dzielił się ze mną opowieściami o obu wojennych zawieruchach. Ale ilekroć go odwiedzałem, podsuwał mi książki, które w jego domu zajmowały poczytne miejsce.
Legiony, Piłsudski, żałoba narodowa po śmierci Naczelnika. Historia. Opowiadana, przypominana, staje się częścią kodu kulturowego łączącego pokolenia.
Miałem wówczas dziewięć lat, jak większość dzieci wolny czas spędzałem głównie na podwórkowych zabawach. Ale lubiłem też czytać. Pewnego dnia mieszkający po sąsiedzku, dwa lata młodszy kolega zaprosił mnie do siebie.
czytaj dalej →
Z tajemniczą miną otworzył tapczan. Skrzynia załadowana była książkami. Pochodziły z jakiejś właśnie likwidowanej biblioteki i trafiły tu na przechowanie do czasu, aż zostaną podjęte decyzje co do ich dalszego losu.
Brałem każdą do ręki i oglądałem. Tytuły ani nazwiska autorów nic mi nie mówiły. Wybrałem trzy: Ondraszek, Nagi bruk i Bezrobotny Lucyfer. Przy dwóch pierwszych tytułach poległem – i wkrótce powierzyłem je na powrót tapczanowej przechowalni. Bezrobotny Lucyfer Aleksandra Wata został przeczytany od pierwszej do ostatniej strony. I do dzisiaj wchodzi w skład domowej biblioteki.
Dlaczego akurat ta książka? Co pociągało dziewięciolatka, że odłożył na bok trylogię o Winnetou, by przeczytać wszystkie siedem opowiadań, tak różnych tematycznie, jak smutne podsumowanie życia atlety Toma Billa czy niemal futurystyczny tekst o królach na wygnaniu?
Nie wiem. Trudno mi dzisiaj, gdy czytam te opowiadania po raz enty jako człowiek dorosły, ocenić, co skłoniło trzecioklasistę do zapuszczania się bez przymusu na pod każdym względem obce lądy. Bo jak inaczej nazwać literacką fikcję, gdzie co rusz potykałem się o zdania mało zrozumiałe językowo i kontekstowo:
„Niech drzemie zmęczona szkapa-Europa, która śni rozkoszny sen o pokoju”,
albo:
„Ręka barona Goulda spoczywała bezwładnie na poręczy fotela. Ręka krupiera, zgarniająca złoto z hazardowego stołu Europy”.
A może, dziś tłumaczę sobie – zapewne nieco naiwnie – na tym polega rola odkrywcy? Ulec impulsowi, dać się porwać przygodzie, bo to, co nowe, jest dużo ciekawsze niż podążanie utartymi ścieżkami?
Moje lektury. Thomas Bernhard prawdziwy i wymyślony
Wszystko, co Bernhard napisał, a co przetłumaczono na polski, przeczytałem od deski do deski. Tom Autobiografie urastał w moich oczach do wzorca pisarskiej szczerości i bezkompromisowości, swoistego credo austriackiego autora, który nie waha się rozdrapywać własnych ran.
czytaj dalej →
Nie raził mnie manieryzm językowy („cóż, ma swój styl”), nie przeszkadzał mi nachalny antyklerykalizm i kalanie własnego gniazda („to się nazywa bezkompromisowość”). Im więcej jednak o Bernhardzie wiedziałem, tym bardziej skłaniałem się ku myśli, że portret austriackiego pisarza jest w dużej mierze „wymyślony”, i to głównie za sprawą autokreacji.
Ważkie pytanie: czy twórca nie ma prawa obudowywać swego życia mitem? Ależ ma! Rzecz w tym, że są czytelnicy (a w przypadku Bernharda ja nie byłem wyjątkiem), którzy każde słowo autobiograficznych zwierzeń idealizowanego twórcy przyjmują z wiarą neofity.
Może gdybym poznawanie Bernharda zaczął od lektury tekstu Moje Nagrody (nie mógłbym, bo polski przekład ukazał się dopiero w 2010 roku), szybciej dostrzegłbym, że autor Wymazywania traktuje opowiadanie o sobie jako kolejny element fikcji.
Bo o czym są Moje Nagrody? Bernhard, który przy każdej okazji zwykł powtarzać, że za nic ma nagrody i zaszczyty, na ponad stu stronach nie tylko skrupulatnie wylicza otrzymane nagrody literackie, ale też opowiada o tych, których nie dostał, a które – jego zdaniem – mu się należały.
Węgierski Żyd Imre Kertész (1929–2016), laureat literackiej Nagrody Nobla (2002), miał czternaście lat, kiedy trafił do Auschwitz, następnie był więźniem obozu w Buchenwaldzie. Tam właśnie zastało go wyzwolenie.
czytaj dalej →
Ten fragment książki zaznaczyłem, choć tekst czytałem tak często, że znam go niemal na pamięć. Gdy z głośnika płynie komunikat, że obóz został wyzwolony, chłopiec myśli z niepokojem, jakie to może nieść konsekwencje dla niego i innych więźniów. Czy w rozgardiaszu, który powstał — pośród wybuchów radości, powszechnej bieganiny i rzucania się sobie w ramiona — ktoś pomyśli o jedzeniu?
Dla więźnia Auschwitz, Ravensbrück czy Buchenwaldu wyzwolenie jest czymś abstrakcyjnym, za to pusta miska niesie zapowiedź głodu i wycieńczenia prowadzącego do śmierci.
„Ale daremnie słuchałem (…), mogłem usłyszeć tylko o wolności i żadnej aluzji, ani jednego słowa o zaległej zupie” — zwierza się bohater powieści.
Aż wreszcie z głośnika płynie komunikat wzywający „ludzi z byłego komanda kartoflarzy” do kuchni, a wszystkich innych mieszkańców obozu proszący, by jeszcze nie szli spać, bo zaraz będzie się dla nich gotować zupa gulaszowa.
„(…) dopiero wtedy z ulgą opadłem z powrotem na poduszkę i dopiero wtedy sam pomyślałem — może po raz pierwszy poważnie — o wolności” (przeł. Krystyna Pisarska).
Ponad dziesięć lat temu, w trakcie przygotowań do pisania powieści Zła krew oraz Szczury i wilki, zbierałem również relacje od żyjących jeszcze byłych więźniów Auschwitz-Birkenau.
czytaj dalej →
To, co uderzyło mnie w postawie wielu z nich, to pozytywny stosunek do ludzi, postawa wyzbyta pretensji, goryczy i pesymizmu — tak jakby mimo grozy przeżytych doświadczeń zdołali ocalić w sobie to, co najcenniejsze: nadzieję i wiarę w człowieka.
Co równie mocno zwróciło moją uwagę, to fakt, że ich indywidualne relacje nie zawsze były zwierciadlanym odbiciem utrwalonego w literaturze i przekazach schematu obozowego życia i śmierci. Nie codziennie przecież zdarzały się wielogodzinne, mordercze apele na mrozie, nie każdy był świadkiem egzekucji, nie zawsze doktor Mengele stał na kolejowej rampie w oczekiwaniu na przyjazd nowych „królików doświadczalnych”.
Zdarzały się miłości (jak ta — choć tragicznie zakończona — wielka miłość Edka Galińskiego i Mali Zimetbaum), było pisanie wierszy, wystawiano konspiracyjne przedstawienia teatralne, wymyślano i kolportowano obozowe dowcipy.
„Pan się dziwi? Byliśmy młodzi, nie chcieliśmy myśleć tylko o śmierci. Każdy dzień mógł być ostatni, ale mógł też przynieść wyzwolenie”.
— taką odpowiedź słyszałem często.
Poczytna amerykańska autorka powieści kryminalnych Patricia Cornwell wydała w 2002 roku książkę, która stanowiła odstępstwo od wszystkiego, co napisała wcześniej. Dlaczego? Było tam przecież wszystko, co czytelnik znajdzie w typowym kryminale – zasłona nocy, narastający strach i seryjny morderca.
czytaj dalej →
Tyle że Cornwell odrzuciła formę beletrystyczną na rzecz literatury faktu, a czarnym bohaterem uczyniła Kubę Rozpruwacza, zabójcę pięciu prostytutek, który siał grozę w Londynie roku pańskiego 1888. Dowodziła, że wie, kim był tajemniczy morderca, wokół którego tożsamości do dziś powstaje wiele sprzecznych teorii – według niej był to Walter Richard Sickert, znany angielski malarz impresjonista (1860–1942).
Na jakiej podstawie tak twierdziła? Wykorzystując możliwości, które nie były dostępne śledczym w XIX wieku, zleciła przeprowadzenie badań DNA na podstawie próbek śliny pochodzących z listów Kuby Rozpruwacza i korespondencji Waltera Sickerta. Uczestniczący w projekcie naukowcy orzekli, że materiał DNA niemal na pewno pochodzi od jednej i tej samej osoby.
Wytypowanie Sickerta nie było strzałem w ciemno. Już w latach sześćdziesiątych XX wieku pojawiały się teorie, że to właśnie londyński impresjonista mógł być sprawcą ohydnych zbrodni. Dowodem na to miała być seria obrazów, które malarz stworzył dwadzieścia lat po krwawych wyczynach Kuby Rozpruwacza. Płótna przedstawiały zamordowane prostytutki, często w pozach zaskakująco podobnych do tych, w jakich znajdowano ofiary mordercy z East Endu.
W wywiadach Cornwell przyznawała, że początkowo zamierzała napisać kolejną powieść kryminalną, jednak w trakcie zbierania materiałów zmieniła zdanie. Trzeba przyznać, że wraz z zespołem ekspertów i naukowców wykonała gigantyczną pracę. Między innymi zakupiła trzydzieści obrazów Sickerta, by poddać je dokładnym oględzinom.
Cóż, na podkreślenie zasługują nie tylko pracowitość i upór. Ponoć autorka zainwestowała w całe przedsięwzięcie cztery miliony dolarów. Sądząc po wynikach sprzedaży, były to dobrze zainwestowane pieniądze. Cóż dodać? Książka pani Cornwell stanowi kolejny dowód na to, że literatura faktu sprzedaje się dużo lepiej niż beletrystyka.
Sickert w roli Kuby Rozpruwacza (lub jego wspólnika) był zresztą „wdzięcznym” tematem również dla innych pisarzy. Pisał o tym między innymi Stephen Knight, w podobnej roli obsadziła malarza Jean Overton Fuller. A Patricia Cornwell wydała jeszcze jedną książkę na ten temat (2017), rzekomo odkrywając nowe fakty i dowody winy Sickerta. „Rzekomo”, naukowcy bowiem podają w wątpliwość zgromadzony przez nią materiał dowodowy i warsztat badawczy autorki.
Cóż, nam – postronnym widzom – pozostaje spojrzeć w oczy Sickerta i, puszczając wodze fantazji, spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy Walter Sickert i Kuba Rozpruwacz to jedna i ta sama osoba. W literaturze nie chodzi przecież o to, by opisywana historia była prawdziwa. Powinna być za to dobrze opowiedziana.
Winston Churchill. Mąż stanu, strateg, historyk i ...
Biografie Winstona Churchilla skrzętnie odnotowują, że dwukrotny premier Wielkiej Brytanii, główny architekt militarnego sukcesu Anglii w wojnie z Hitlerem, był również pisarzem. Prace poświęcone historii, a zwłaszcza sześciotomowe dzieło dotyczące drugiej wojny światowej, przyniosły mu literacką Nagrodę Nobla (1953).
czytaj dalej →
Nie wszyscy jednak wiedzą, że Churchill był również malarzem. Zaczął od akwarel, później doskonalił się w technikach olejnych, skupiając się głównie na malarstwie krajobrazowym. Malarska spuścizna Churchilla to około pięciuset prac.
O jednym płótnie jest ostatnio głośno, a to za sprawą Angeliny Jolie. Aktorka postanowiła sprzedać należący do niej obraz „Wieża Meczetu Księgarzy”, który Churchill namalował w 1943 roku w Casablance, gdzie uczestniczył w międzynarodowej konferencji poświęconej wypracowaniu strategii walki z Niemcami.
Jak informuje londyński dom aukcyjny Christie’s, pracę Churchilla będzie można licytować od 1 marca, a spodziewana cena może przekroczyć trzy miliony dolarów.
Fikcja literacka może wyjść zwycięsko ze starcia z faktami? Jak najbardziej, o czym świadczy chociażby wynik sondażu przeprowadzonego w Wielkiej Brytanii w 2008 roku.
czytaj dalej →
Ilustracja: Sidney Paget
Grupie tamtejszych nastolatków przedstawiono listę postaci zarówno historycznych, jak i bohaterów od początku zamieszkujących świat literackiej fikcji. Wynik? Blisko połowa nastolatków odpowiedziała, że król Ryszard Lwie Serce, który ma trwałe miejsce w historii choćby dzięki udziałowi w wyprawach krzyżowych, w rzeczywistości nigdy nie istniał. Cóż, może dwunastowieczny władca to postać zbyt czasowo odległa dla uczniów kształconych w szkołach XXI wieku?
Jak w takim razie ocenić wiedzę jednej piątej uczestników tegoż sondażu, zdaniem których również Winston Churchill był postacią fikcyjną? Jednocześnie blisko 60 proc. respondentów było przekonanych, że stworzony przez Conana Doyle’a detektyw Sherlock Holmes naprawdę żył i mieszkał w Londynie przy Baker Street.
Posługując się przypisaną baśniom konwencją, można powiedzieć, że Sherlock Holmes żył długo i szczęśliwie, natomiast sir Winston Churchill, w 2002 roku w plebiscycie BBC uznany za najwybitniejszego Brytyjczyka wszech czasów, bynajmniej nie za sprawą czarów trafił do świata baśni.
Co kojarzy nam się z Don Kichotem? Wielu odpowiedziałoby bez wahania: walka z wiatrakami. Oto starzejący się szlachcic, w pordzewiałej zbroi i zepsutej przyłbicy, dosiadający chabety równie chudej jak on, szarżuje z kopią na wiatraki, które wziął za zaczarowanych olbrzymów.
czytaj dalej →
Biedny, zdziecinniały starzec, który pasję do średniowiecznych ksiąg rycerskich przypłacił utratą rozumu. Pod wpływem rycerskich eposów hidalgo Alonso Quijano z Manczy uwierzył, że sam jest błędnym rycerzem i musi oczyścić świat z brudów i nieprawości. A skoro tak, nie może rejterować na widok armii wielorękich „olbrzymów”, które gnębią i zniewalają rodzaj ludzki.
Cervantes rysuje bohatera kreską bezlitosnego prześmiewcy. Ręka mu nie zadrży, kiedy trzeba go posłać na straceńczą misję i pogrzebać pod lawiną żartów i docinków. Błędny rycerz z Manczy jest bowiem reliktem przeszłości. To bohater romantyczny, ułudę biorący za rzeczywistość. Wyśmiany i wyszydzony ma stać się w nowej epoce zużytym rekwizytem.
W tej walce „starego z nowym” nie chodzi tylko o symbole. Pojawienie się wiatraków w wiejskim krajobrazie XVI-wiecznej Hiszpanii zwiastuje zmiany w gospodarce rolnej, te zaś zachwieją spokojem i względnym dobrobytem niejednego wiejskiego szlachcica. W starciu z bezduszną maszyną człowiek skazany jest na przegraną. Ale przegrana bez walki to dla rycerza dyshonor. Don Kichot poprawia podwiązaną wstążkami przyłbicę, spina chudego Rosynanta i rusza do boju. Chciałby być herosem, a stanie się tylko kolejnym mitem wykreowanym przez literaturę.
Literatura to jednak również gra konwencjami. Każmy więc naszemu bohaterowi osuszyć bukłak wina i dopiero potem pojedynkować się z wiatrakiem. Don Kichot ogarnięty pijackim amokiem? Cóż, byłby w naszych oczach co najwyżej zabawny, nigdy zaś szalony. Sanczo Pansa powiedziałby zapewne: świat zwariował, skoro granicę między szaleństwem a zabawą wyznacza czasem bukłak wina.
Ale to nie Cervantes ostatecznie okazał się zwycięzcą. Chciał uśmiercić Don Kichota, a zapewnił mu nieśmiertelność. Chociaż bowiem życie nie lubi przegranych bohaterów, literatura często jest dla nich bezpiecznym azylem.
Przez dwa ostatnie stulecia straszyli nas z powodzeniem klasycy powieści grozy: Walpole, Lewis, Radcliffe, Stoker, Lovecraft, Poe. Ale chyba najstarszą relację o nawiedzonym domu zostawił nam Pliniusz Młodszy, rzymski pisarz i polityk żyjący blisko dwa tysiące lat temu.
czytaj dalej →
W jednym z listów pisze:
„Był w Atenach duży, przestronny dom, który cieszył się tak złą sławą, że bano się tam mieszkać. W środku nocy rozlegał się hałas podobny do szczęku żelaza. Gdy się dobrze wsłuchać, brzmiało to jak pobrzękiwanie łańcuchami. Z początku ciche, zbliżało się stopniowo, aż nagle wyłaniała się zjawa, potrząsając łańcuchami na rękach i nogach. Miała wygląd starca, niemiłosiernie wychudzonego, z długą brodą i zmierzwionymi włosami.”
W końcu dom wystawiono na sprzedaż. W tym czasie przybył do miasta Atenodor, filozof stoicki. Niska cena budynku od razu wzbudziła jego podejrzenia. Przeprowadziwszy prywatne śledztwo, dowiedział się o duchu, mimo wszystko jednak postanowił zaryzykować. Pliniusz opisuje, jak doszło do spotkania filozofa z duchem:
„[Duch] stanął przed nim i kiwał palcem, jakby go przyzywał. Atenodor w odpowiedzi dał ręką znak, żeby chwilę poczekał, po czym na powrót zajął się lekturą. Zniecierpliwiony duch zaczął mu pobrzękiwać łańcuchami nad głową. Filozof podniósł oczy i zobaczywszy, że duch nadal go przywołuje, wstał i podążył za nim, oświetlając sobie drogę. Duch kroczył powoli, jakby ciążyły mu łańcuchy. W pewnej chwili okręcił się i przepadł. Atenodor zrobił w tym miejscu znak, a nazajutrz udał się do władz miasta i poradził, żeby przekopali oznaczone miejsce. Tak też zrobiono. W miejscu wskazanym przez ducha znaleziono zakuty w łańcuchy szkielet mężczyzny. (...) Kiedy doczesne szczątki zebrano i poddano publicznej kremacji, duch przestał nawiedzać dom”.
Przykład Atenodora dowodzi, że filozoficzne podejście do życia nie musi oznaczać niezaradności. Zjawa miała szczęście, że trafiła na stoika.
W grudniu 1582 roku Szekspir poślubia Anne Hathaway, która nosi już w łonie jego dziecko. Willie ma zaledwie osiemnaście lat, jego wybranka jest od niego o osiem lat starsza. Małżeństwo z miłości czy konieczność? Nim miną trzy lata, młody William jest już ojcem trójki dzieci.
czytaj dalej →
Żeby utrzymać liczną rodzinę, imać się musi różnych zajęć. Puśćmy wodze fantazji: troje dzieci na głowie, swarliwa żona utyskująca na męża-niezgułę, ciągły brak pieniędzy. Czy w takich warunkach muza poezji może rozwinąć skrzydła? William odfruwa do Londynu.
Mamy rok 1587. William jest w Londynie postacią nieznaną. Zanim dostąpi zaszczytu występowania z własnymi dramatami przed królową, czeka go długa droga. W tym czasie teatralny Londyn ma już swojego idola. Jest nim Christopher Marlowe. Marlowe jest rówieśnikiem Szekspira, ale więcej ich dzieli niż łączy. William zakończył szkolną edukację na ośmiu klasach, Christopher uzyskał w Cambridge tytuł magistra. Christopher ma wpływowych przyjaciół, William dopiero usilnie zabiega o protektorów. W osobie Marlowe’a zyskał życzliwego mentora. Marlowe zapewne pomagał rówieśnikowi z prowincji w pisaniu pierwszych sztuk. Szekspir szybko się uczy. Jak o nim wówczas mówiono: „ma umysł jak gąbka”.
Tymczasem w 1593 roku gwiazda Marlowe’a niespodziewanie gaśnie. Autor Tragicznych dziejów doktora Fausta kończy życie niemal równie dramatycznie jak bohater jego tragedii. Kiedy ze sceny znika Marlowe, przez współczesnych nazywany „najświetlejszym umysłem epoki” i „kochankiem muz”, Szekspir jest już znanym dramatopisarzem. Nie sposób zweryfikować twierdzenia zwolenników Marlowe’a, że dopiero po śmierci swego wielkiego rówieśnika Szekspir mógł naprawdę się wybić.
Jednak podążając nadal „alternatywną ścieżką”, zadajmy sobie pytanie, czy część zasług nie należy się jego żonie-sekutnicy. Być może gdyby nie ona, przyszły autor Poskromienia złośnicy nie wyruszyłby pewnego dnia do Londynu.
W wydanym w 1791 roku polskim tłumaczeniu Raju utraconego Johna Miltona (1608–1674) czytamy:
„Słysząc szmer liścia, myśli, czy się jaki czołg pod krzakiem wije”.
Konsternacja. Skąd w osiemnastowiecznym tekście „czołg”?
czytaj dalej →
Do tego jeszcze pośród zbuntowanych aniołów? Słownik etymologiczny języka polskiego Aleksandra Brücknera przy haśle „czołgać” podaje, że „czołgatny” i „czołgotny” znaczyło tyleż co „pełzający”. Utwierdza nas w tym Paweł Czempiński, objaśniając w podręczniku z 1789 roku Zoologia dla szkół narodowych, że gady czołgające się, czyli czołgi właśnie, to
„zwierzęta, które nie mają żadnych członków zewnętrznych do przenoszenia się z miejsca na miejsce, ani skrzydeł, ani płetw, ani nóg”.
Z kolei współczesny Pawłowi Czempińskiemu Benedykt Chmielowski jednemu z rozdziałów w Nowych Atenach, pierwszej znanej polskiej encyklopedii, daje taki oto tytuł:
„Rzeczy czołgające się po ziemi, mianowicie węże cudowne”.
Zatem sprawa jest jasna. Ów czołg, wprowadzony przez polskiego tłumacza przed ponad dwoma wiekami do Miltonowego raju, to nic innego jak wąż.
Przy okazji językowo-zoologicznych dywagacji przyjrzyjmy się innemu ze stworzeń „czołgotnych”, które także zaznacza swą obecność w literaturze. Jak podaje cytowany już Słownik etymologiczny języka polskiego Brücknera, „żmij, żmija” bierze swój początek od słowa „ziemia” i jest tak „przezwany w przeciwieństwie do «węża» wodnego”. Ponadto „żmij” funkcjonował w folklorze słowiańskim jako synonim smoka. W takim też znaczeniu użył owego „żmija” Józef Ignacy Kraszewski w Starej baśni. Znał starosłowiański, chorwacki, serbski i czeski, poruszał się więc swobodnie po zawiłościach kultur i języków słowiańskich. Był również utalentowanym poliglotą i władał m.in. greckim, łacińskim, hebrajskim, arabskim, francuskim, angielskim, niemieckim, włoskim, hiszpańskim i rosyjskim. Pożytkował ten talent także dla celów stricte literackich – przełożył m.in. komedie Tytusa Makcjusza Plauta.
Aż kusi zapytać, jak mógłby wyglądać Raj utracony w translatorskiej interpretacji Kraszewskiego.
Choć nazwisko autora Światłości w sierpniu kojarzy się przede wszystkim z literaturą, nie jest tajemnicą, że William Faulkner w młodzieńczych latach parał się również sztuką. Rysunki, wpisujące się w stylistykę epoki jazzu, pochodzą z lat 1916–1925 i były zamieszczane między innymi w periodykach wydawanych przez University of Mississippi („Ole Miss”, „The Scream”).
czytaj dalej →
Sam Faulkner niechętnie wypowiadał się o swoich wczesnych próbach artystycznych, traktując ten okres życia – kiedy to również próbował sił w poezji – jako etap różnorodnych poszukiwań, które ostatecznie wyniosły go na literacki Olimp. Owej niechęci do oglądania się za siebie dał wyraz w wywiadzie dla The Paris Review (1956):
„Dobry artysta wierzy, że nikt nie jest na tyle dobry, by udzielać mu rad. Cechuje go najwyższego rzędu próżność. Choćby bezgranicznie podziwiał starego pisarza, chce go pokonać”.
No i wszystko jasne. Jeśli chcesz złoić skórę sędziwemu mistrzowi – czyli z dnia na dzień stawać się jeszcze lepszym – nie możesz oglądać się na artystycznego gołowąsa, jakim kiedyś byłeś.
W opowiadaniu Kurta Vonneguta pod tytułem 2 B R 0 2 B społeczeństwo amerykańskie trwa w stanie permanentnej, niczym niezakłóconej szczęśliwości.
„Nie ma więzień, slumsów, zakładów dla umysłowo chorych, nie ma kalek, biedy ani wojen. Pokonano wszystkie choroby. Uporano się też ze starością”.
Śmierć, oczywiście, się zdarza, ale głównie za sprawą nieszczęśliwych wypadków. Średnia długość życia wynosi 129 lat. Raj na ziemi, prawda? W czym zatem tkwi haczyk?
Cały system nastawiony jest na to, by liczebność utrzymywać na niezmiennym poziomie 40 milionów obywateli. Bilans narodzin i zgonów musi się zgadzać. Mówiąc wprost – dziecko, które przyjdzie na świat, może zachować życie tylko pod warunkiem, że rodzice znajdą kogoś, kto sam gotów jest oddać życie.
Czytelnik anglojęzyczny bez trudu rozszyfruje tytuł opowiadania jako hamletowskie „być albo nie być”. Tytułowe 2 B R 0 2 B to również numer telefonu w fikcyjnym Federalnym Biurze ds. Wypowiedzeń, gdzie przyjmuje się zgłoszenia od osób gotowych przenieść się na tamten świat, żeby innym zwolnić miejsce.
Morał? Puenta? Darujmy sobie. Żyjemy w czasach, gdy wbrew faktom dla jednych białe jest czarne, dla innych zaś czarne jest białe. Stawianie pytań, by dociekać prawdy – o mąceniu dobrego samopoczucia nie wspomnę – zeszło na dalszy plan.
Cormac McCarthy (1933–2023), autor takich powieści jak (w polskich przekładach) Krwawy południk, Suttree, To nie jest kraj dla starych ludzi, Droga. Wielu krytyków za jego pisarskie opus magnum uważa „trylogię pogranicza”, na którą składają się: Rącze konie, Przeprawa, Sodoma i Gomora.
czytaj dalej →
McCarthy porywa się na tematy trudne: odbrązowienie mitu Dzikiego Zachodu (Krwawy południk), mroki amerykańskiego Południa lat 50. ubiegłego wieku (Suttree), nieuchronne zwycięstwo zła w coraz bardziej „postępowym świecie” (To nie jest kraj dla starych ludzi), dwoistość natury ludzkiej w postapokaliptycznym świecie sprowadzonym do biologicznej walki o przetrwanie (Droga).
Co uderza mnie najbardziej w „trylogii pogranicza”, to bardzo młody wiek głównych bohaterów w zestawieniu z cechującą ich dojrzałością. Kiedy ich poznajemy, mają po szesnaście lat. Podejmują decyzje, które zaważą na całym ich życiu, idą za głosem serca bez względu na cenę, walczą o godność, w imię honoru, wierności zasadom i przyjaźni są gotowi do najwyższych poświęceń. Dziwny świat, jakże odległy od naszego, w którym o dwudziestopięciolatku mówi się, że „stoi u progu dorosłości”.
McCarthy należnego mu literackiego Nobla niestety nie doczekał. Parafrazując tytuł jednej z jego powieści – to nie jest świat dla starych pisarzy, którzy nie odwracają oczu i nie uciszają sumienia.
„Kiedy mówię cokolwiek o tym, jak świat stacza się do piekła, ludzie tylko się uśmiechają i twierdzą, że się starzeję”.
– mówi szeryf Bell, główny bohater powieści To nie jest kraj dla starych ludzi. Warto posłuchać, co McCarthy miał nam do powiedzenia.
Plastyczność opisów, epicki rozmach, częste uciekanie się do przypowieści, biblijna stylistyka – to niektóre charakterystyczne cechy pisarstwa Cormaca McCarthy’ego (1933–2023).
czytaj dalej →
Na polski przełożono wszystkie powieści McCarthy’ego, m.in.: Suttree (Suttree, 1979), Krwawy południk (Blood Meridian, 1985), To nie jest kraj dla starych ludzi (No Country for Old Men, 2005), Droga (The Road, 2006); oraz Trylogię Pogranicza, na którą składają się: Rącze konie (All the Pretty Horses, 1992), Przeprawa (The Crossing, 1994), Sodoma i Gomora (Cities of the Plain, 1998).
Na mnie największe wrażenie wywarły tytuły tworzące Trylogię Pogranicza oraz powieść Krwawy południk. McCarthy podejmuje w nich tematykę amerykańskiego pogranicza, mitycznego Dzikiego Zachodu. Podczas gdy w trylogii akcję osadza w latach 40. i 50. minionego wieku i bohaterami czyni szesnastolatków, całości nadając charakter narracji o dojrzewaniu i przechodzeniu do dorosłości, w Krwawym południku umieszcza akcję w XIX wieku, a przed oczami czytelnika przesuwa makabryczny korowód antybohaterów. Rozprawia się z westernowym mitem Ameryki, ukazując sceny okrucieństwa i przemocy obnażające – jego zdaniem – prawdziwą naturę człowieka: stworzenia żądnego zadawać ból i uśmiercać dla samej chęci czynienia zła.
„W najpodlejszym stworzeniu znajdziesz nikczemność, ale gdy Bóg lepił człowieka, diabeł stał obok. Bo człowiek może wszystko. Może zrobić maszynę. I maszynę taką, co sama zrobi drugą maszynę. I czynić może zło, które przetrwa tysiąc lat, nie trzeba go podsycać”.
Czytając McCarthy’ego, trudno nie ulec plastyczności opisów, a zarazem nie sposób wyrzucić z pamięci raz przeczytanych słów. W moim przypadku od pierwszej lektury powieści minęło sześć, może siedem lat, a co jakiś czas do niej wracam – choćby po to, by dostrzec pominięte wcześniej walory plastyczne. Załączony rysunek nie odnosi się do żadnej konkretnej sceny. Jest raczej syntetyczną próbą oddania odczuć i skojarzeń, jakie budzi we mnie McCarthy, gdy zadaje takie oto pytania:
„Jak myślisz, czym jest śmierć? O kim mówimy, gdy mówimy o człowieku, który był, a którego już nie ma? Czy to ślepe zagadki, czy może część prawodawstwa każdego człowieka? Czymże jest śmierć, jeśli nie siłą sprawczą? I ku komu zmierza?”
Po chwili otworzyła się brama i żołnierze wyprowadzili Nazaretańczyka. Jego biała szata wlokła się po ziemi, a cicit czerwone były od krwi. Na bruku rabi zostawiał czerwony ślad. Jego głowę nadal opasywała cierniowa korona. Twarzy nie było widać, gdyż ciężar dźwiganego krzyża przygniatał go ku ziemi. Ręce miał skrępowane. (…)
czytaj dalej →
Ilustracja: Sam Martine, fragment okładki wydania angielskiego
Widzę, jak natęża wszystkie swoje siły, aby udźwignąć krzyż, ale nie daje rady. Każdy krok sprawia mu niewymowną trudność. Za nim kroczy Hermanus, postrach Żydów. Jego czerwona, krwią nabiegła twarz płonie żądzą mordu. Poci się, rozdyma go wściekłość. (…) Trzyma w ręku ołowiany kańczug i bije nim Galilejczyka, bije ze wszystkich sił. Raz po raz, nieprzytomnie, zapalczywie. (…) Żołnierze nadal nikogo nie dopuszczali do rabiego, ale zdążyliśmy zobaczyć, jak zawlekli go na szczyt wzgórza, gdzie stały wbite w ziemię krzyże. Wisiały na nich ciała zamęczonych. Niektórzy z nich już od kilku dni nie żyli. (…) Wzgórze Golgoty nasiąkło krwią. Widziałem i wszyscy widzieli, że rabi objął wzrokiem tę piekielną przestrzeń. Na szczycie wzgórza wili się w męce dwaj przybici do krzyża mężowie. Żołnierze zdjęli z ramion Szymona krzyż, położyli go najpierw na ziemi, po czym przywiedli rabiego. Z drżeniem patrzyliśmy na to wszystko. I wtedy na całym świecie zapanowała cisza. Było tak cicho, że słyszeliśmy szelest wiatru kołyszącego trupy na drzewach. (…) Rabi pozwolił żołnierzom zerwać z siebie przesiąknięty krwią i potem płaszcz. Potem ściągnęli z niego rozdartą koszulę, tak samo skrwawioną jak koszula Josefa, syna Jakuba. Był zupełnie nagi. Teraz było widać wyraźnie, jak bardzo zmizerniał. Pod zsiniałą skórą rysowały się żebra. Drżał jak każdy śmiertelnik przed śmiercią. Nie trwało to długo. Wkrótce opanował się. Przymknął oczy i coś szeptał, pewnie błogosławieństwo. Był gotowy na śmierć. Żołnierze ujęli go za ramiona i rozpięli na krzyżu. No, teraz nadeszła oczekiwana chwila! Teraz, teraz! Jak długo złoczyńcy będą triumfowali? Ale nic z tego! Zbój Hermanus, postrach Żydów, bierze w ręce gwoździe i młot. Bez pośpiechu przybija dłonie rabiego do krzyża.
(Mąż z Nazaretu, Szalom Asz, przekład Michał Friedman)
Szalom Asz, żydowski pisarz urodzony w Kutnie, a zmarły w Londynie.
Pisarz na wskroś żydowski, a zarazem polski, który sam o sobie tak mówił:
„Nie czuję się wobec nikogo winnym tego, że jestem posłuszny moim artystycznym aspiracjom,
jeśli nawet wiodą mnie one w miejsce, gdzie Żydzi dotychczas nie przebywali”.
(z przedmowy do polskiego wydania Męża z Nazaretu, Wydawnictwo Dolnośląskie 1990)
czytaj dalej →
Szalom Asz a Zła krew
Jochanan Fajner, Żyd z łódzkiej Ogrodowej, były więzień Auschwitz, jeden z głównych bohaterów
mojej powieści Zła krew, tak opowiada o Szalomie Aszu swojemu młodszemu
o blisko sześćdziesiąt lat przyjacielowi z sąsiedniej kamienicy:
Fragment:
„Asza – powiedziałem następnie Michałowi – nazywano dzieckiem szczęścia. Miał talent, urodę,
z czasem dorobił się pieniędzy. A urodził się w biedzie. Miał dziewięcioro rodzeństwa.
Ojciec przeznaczył go na rabina. Rabin to mniej więcej ktoś taki, jak u was ksiądz.
Już w chłopięcym wieku Asz musiał studiować święte księgi. Ale przez ciekawość zaczął czytać
teksty świeckie, a to dla przyszłego rabina surowo zakazane. I dlatego zakończyła się jego
kariera w rabinacie. Z głodu czytania nauczył się polskiego i niemieckiego.
Na jego talencie poznał się sam Icchok Lejb Perec. Perec to był taki, bo ja wiem, żydowski
odpowiednik Sienkiewicza czy Żeromskiego. Poza Warszawą sztuki Asza wystawiano między innymi
we Francji, Niemczech, Włoszech, Ameryce i Rosji. Książki Asza tłumaczono na angielski,
francuski, niemiecki, hiszpański. No i polski, oczywiście.
Wiesz, z kim on się przyjaźnił? Ich nazwiska znajdziesz w każdym podręczniku historii
literatury polskiej: Orzeszkowa, Dąbrowska, Żeromski, Witkiewicz. Żydzi czytali polskich
autorów. Byli ciekawi innego świata.
A który żydowski pisarz znajdował wtedy uznanie w oczach nie-Żydów? No, chyba tylko Asz.
Świat się na niego otworzył. Asz do Warszawy przyjeżdżał tylko w gościnę. Mieszkał w Paryżu,
Berlinie, na wiele lat przeniósł się do Nowego Jorku.
Szuka uznania u obcych, gromili go niektórzy. Sprzedał nas, Żydów, sprzedał żydowskiego Boga
i żydowskość dla sławy. Ale to nie Asz! On po prostu w czepku się urodził. Grzechem jest
ograniczać tak wielki talent do dozwolonych tematów.
Bo on chciał pisać i o małomiasteczkowych Żydach, i o złodziejaszkach, i o pobożnych rabinach,
i o rabim z Nazaretu. On kochał literaturę. Kochał żydowskość i kochał polskość. On chciał
pokazać, że my wszyscy – Żydzi i chrześcijanie – mamy wspólne korzenie.
Trzeba Asza za to ganić? Ile nieszczęść spadło na świat przez to, że niektórym nagle
zażyczyło się ludzi dzielić? Swój a obcy, mówili, ta krew jest dobra, a ta krew jest zła.
O, nie, tacy jak Asz zasługują na najwyższe zaszczyty. Kiedy ty się urodziłeś? – spytałem
Michała. W pięćdziesiątym siódmym? Toż w tym właśnie roku zmarł Szalom Asz!
No, zebrało się staremu Żydowi na wspominki! Smutek człowieka ogarnia. Kto dzisiaj w Polsce
o Aszu pamięta?
A gdyby jeszcze pożył te parę lat – taka myśl czasem mnie nachodzi – to może jemu by
przypadła Literacka Nagroda Nobla? No, po prawdzie Agnonowi też się należała.
Aj, aj, powinienem ugryźć się w ten żydowski język! Noblista Szmuel Josef Agnon, wielki mi
cymes! Czy ktoś w Polsce o nim słyszał? Ba, dwa lata nie minęły od przyznania mu nagrody,
a świat zdążył zapomnieć.
A co z innymi? Z tych, co przeżyli, chyba na palcach obu rąk można policzyć takich,
którzy znali Pereca i Asza.
Komu chce się jeszcze pamiętać Izraela Rabona z łódzkich Bałut, który tłumaczył poezję
Rilkego i Villona, a sam pisał kipiące gniewem opowiadania i wiersze? Kto pamięta Herszełe
Danielewicza, niezaradnego człowieka i zdolnego poetę?
Kto pamięta Hersza Dawida Nomberga, którego Perec namaścił na pisarza? Kto pamięta
Menachema Mendla Hurwicza, którego młodzieńcze wiersze chwalił sam sławny Bialik?
Kto pamięta Bera Horowica, poetę? Kto pamięta Mosze Szymela, prozaika, poetę i dziennikarza?
Kto pamięta Zaksa, Starego Zaksa, który – co prawda – sam nie pisywał wierszy, za to pięknie
recytował swojej kotce Puszkina po rosyjsku?”
Czy coś poza nazwiskiem łączy Gortata pisarza i Gortata koszykarza? Obaj jesteśmy łodzianami, urodziliśmy się w cieszącej się wątpliwą sławą dzielnicy Bałuty.
czytaj dalej →
Co jeszcze? Smykałka do sportu. Upór. Chęć stawiania na swoim. RÓŻNICA nie do pokonania? Wbrew pozorom nie chodzi tylko o te trzydzieści centymetrów. Marcin G. zawsze może napisać bestseller, Grzegorz G. zaś nigdy nie zagra w NBA. Ach, to nazwisko!
Młodsi pewnie nie wiedzą, że w latach 70. Polska mogła się pochwalić wspaniałym bokserem wagi półciężkiej Januszem Gortatem (dwukrotnym brązowym medalistą igrzysk olimpijskich, prywatnie ojcem Marcina). Jako nastolatek czerpałem z tego niemałe „korzyści”. Wystarczyło, że w sytuacjach „kryzysowych” na ostrożnie zadane pytanie: „Ten bokser to może twoja rodzina?” odpowiedziałem twierdząco (panie Januszu, proszę o wybaczenie – w myśl rodzinnej legendy pewien stopień pokrewieństwa nie jest wykluczony), a przeciwnik najczęściej pistolet chował do kabury i wyciągał fajkę pokoju.
Kiedy Stephen King osiągnął status pisarza bestsellerów (powieść Carrie), wydawcy rzucili się przetrząsać jego szuflady w poszukiwaniu nieopublikowanych jeszcze utworów.
czytaj dalej →
Żeby trzymać się ówczesnej złotej reguły, w myśl której autor bestsellerów nie powinien publikować więcej niż jednej powieści rocznie, część tych „starych” tytułów zaczęto wydawać pod pseudonimem Richard Bachman. Szybko się jednak okazało, że utwory mistrza Bachmana sprzedają się słabo. Wystarczyło jednak, że na okładkach pojawił się zapis „Stephen King jako Richard Bachman”, a sprzedaż ruszyła z kopyta. Cóż, król jest tylko jeden.
Bohater opowiadania Stephena Kinga Prosektorium numer cztery (Autopsy Room Four) zostaje uznany za zmarłego i trafia do prosektorium.
czytaj dalej →
Odzyskuje przytomność na stole zabiegowym. Jest sparaliżowany. Wokół krzątają się lekarze. Słysząc ich rozmowy, zaczyna zdawać sobie sprawę, że przygotowują go do sekcji. Daremnie próbuje w jakikolwiek sposób dać znać, że wciąż żyje.
King dotyka jednego z naszych najgłębiej zakorzenionych lęków: żyjesz, ale świat uznał cię za zmarłego. Lektura opowiadania nie pozostawia czytelnika obojętnym właśnie dlatego, że autor sugeruje: to samo mogłoby spotkać również ciebie.
Domyślają się Państwo zapewne, dlaczego przywołuję to opowiadanie właśnie dzisiaj. Dramatyczne wydarzenia w szpitalu w Plymouth wywołały w Polsce różne reakcje, w wielu wypadkach – niestety – wpisujące się w schemat politycznych podziałów. Czego moim zdaniem zabrakło? Oczywistego, zdawałoby się, odruchu empatii, próby wczucia się w sytuację drugiego człowieka. Mam wrażenie, że do głosu doszło prymitywne przeświadczenie: przecież mnie to nie dotyczy.
toś musiał zrobić doniesienie na Franza K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany”.
Zdanie otwierające jeden z najbardziej znanych utworów Kafki – tutaj sparafrazowane – mogłoby równie dobrze stać się elementem biografii Franza; z tą wszakże różnicą, że „nic złego nie zrobił” byłoby w jego przypadku, mówiąc najłagodniej, mijaniem się z prawdą.
czytaj dalej →
Jest lipiec roku 1901. Przyszły autor Procesu ma osiemnaście lat i przystępuje do egzaminu maturalnego. Najbardziej boi się greki. Nie on jeden. Z kolegami wymyśla ryzykowny (przestępczy?) plan. Odwróciwszy uwagę gospodyni profesora, wykradają na godzinę jego notes z tekstami maturalnymi i słowo w słowo przepisują. Efekt? Wszyscy zdają.
Po latach Franz sam się do tego oszustwa poniekąd przyznaje, w słynnym Liście do ojca pisząc, że maturę zaliczył nie do końca uczciwie. Więcej światła rzucają nieopublikowane wspomnienia Hugona Hechta, kolegi klasowego Franza, który szczegółowo opisuje przebieg całego wydarzenia (z jego – a jakże – romansowym podłożem: „młoda, atrakcyjna” gospodyni!).
No nie, to spora przesada. Jest jednak faktem, że Franz uprawiał systematycznie ćwiczenia fizyczne metodą Jørgena Petera Müllera, popularnego wówczas w Europie guru zdrowego trybu życia i utrzymania sportowej sylwetki.
czytaj dalej →
(Poradnik duńskiego speca od ówczesnego fitnessu został przetłumaczony na 24 języki; za życia Kafki samo tylko wydanie niemieckie sprzedało się w liczbie blisko 400 tys. egzemplarzy).
Jak Müller zalecał, Franz ćwiczył przy otwartym oknie bez względu na porę roku; nie zerwał z reżimem ćwiczeń nawet wtedy, kiedy wykryto u niego gruźlicę płuc.
Tak, wbrew utrwalonym mitom „chuchrowaty” Kafka wcale nie był ze sportem na bakier. Poza gimnastyką dość regularnie uprawiał sporty wodne (przez jakiś czas miał nawet własną łódź) oraz pływał w basenie.
Kto jest autorem tego portretu Kafki? Kafka we własnej osobie. Z dość bogatej (choć przetrzebionej przez samego Franza) spuścizny artystycznej przetrwały również niektóre jego prace plastyczne.
czytaj dalej →
Franz Kafka – autoportret
Któż nie zna rysunków przedstawiających charakterystyczne patykowate postacie, zamieszczanych w niemal każdej publikacji dotyczącej autora Zamku? Natomiast autoportret pisarza i podobizna jego matki (prawdopodobnie z 1911 roku) są bardzo rzadko reprodukowane.
(Rysunek pochodzi z książki Reinera Stacha Is That Kafka?).
Jaki stosunek miał sam Kafka do swej pozaliterackiej twórczości? W liście do Felicji z lutego 1913 roku pisze:
„Wiesz, byłem kiedyś wielkim rysownikiem, ale potem u złej malarki zacząłem się uczyć szkolnego rysunku i zepsułem sobie cały talent. Tylko pomyśl! Ale zaczekaj, w najbliższym czasie poślę Ci kilka starych rysunków, żebyś miała się z czego pośmiać. Owe rysunki w tamtych czasach, a było to przed laty, dawały mi więcej satysfakcji niż cokolwiek innego”.
(Listy do Felicji, tł. Irena Krońska).
Czy zapowiadana przesyłka trafiła do narzeczonej Franza? Co rysunki przedstawiały? I co się z nimi stało? Cóż, jak to w przypadku Kafki, wiele dotyczących go pytań wciąż pozostaje bez odpowiedzi.
Kafka – sumienie ludzkości. Prorok zwiastujący bliski już kres dominacji rozumu w konfrontacji z ludzkim szaleństwem. Wizjoner wzbierającego buntu jednostki wobec Systemu – buntu z góry skazanego na przegraną. Profetyczny pisarz, który przewidział wszystkie totalitaryzmy XX wieku.
czytaj dalej →
Ostrzegał przed piekłem obu światowych wojen, zanim myśl o nich postała w głowach polityków.
Czyżby? Gdyby wierzyć we wszystko, co o Franzu napisano w tysiącach tomów, można by dojść do wniosku, że ów współczesny Nostradamus przewidział wszystkie nieszczęścia naszych czasów, nie wyłączając ataku na wieże World Trade Center i upadku banku Lehman Brothers.
Dla otrzeźwienia sięgnijmy zatem do Dzienników Kafki-wizjonera.
Pod datą 31 lipca 1914, a więc trzy dni po wybuchu wojny, odnotowuje, że „zarządzono powszechną mobilizację”, bardziej jednak niż dramatem wojny dręcząc się tym, że oto teraz na jego barki spadnie ciężar prowadzenia rodzinnej firmy. A wpis z 2 sierpnia jest bardzo lakoniczny i wprawia czytelnika w konsternację: „Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji. Po południu szkoła pływania”.
Geniusz zaszczuty przez pracodawcę i kolegów; zaprzęgnięty do urzędniczego kieratu za cenę zaniedbywania literackiej pracy; eksploatowany ponad siły od rana do wieczora. Znacie to? A jakże, to przecież typowy portret Kafki. Tylko czy prawdziwy?
czytaj dalej →
Dr prawa Franz Kafka niemal całe zawodowe życie przepracował w Zakładzie Ubezpieczeń Robotników od Wypadków. Mimo częstych urlopów oraz licznych zwolnień lekarskich regularnie awansował i był nagradzany. „Biurowy kierat” Kafki zaczynał się o 8:00, kończył o 14:00. Kafka, ten „ponurak” i „odludek”, cieszył się w pracy powszechną sympatią. Może to m.in. sprawiło, że kiedy po upadku monarchii habsburskiej Czesi zwalniają niemal wszystkich nieczeskich pracowników, Franz zostaje.
Skąd więc ten jakże powszechny obraz autora Wyroku i Kolonii karnej jako ofiary niewolniczej pracy? W dużej mierze zawdzięczamy go samemu Kafce. W swych Dziennikach wielokrotnie się uskarża, że czas spędzony w biurze to poświęcenie czynione kosztem „prawdziwego powołania”, czyli twórczości literackiej.
Wbrew pozorom fotografii dokumentujących życie Kafki nie jest aż tak wiele. To zdjęcie Franza w meloniku należy do najczęściej reprodukowanych. Sympatyczny, młody mężczyzna w meloniku uśmiecha się nieco melancholijnie – a może niepewnie, jakby fotograf go zaskoczył. Może czytelnika z kolei zaskoczy informacja, że samo zdjęcie zostało ocenzurowane. Dlaczego?
czytaj dalej →
Na zamieszczonej poniżej kompletnej wersji widzimy Hansi Julie Szokoll, kelnerkę w jednej z praskich winiarni. Skąd wzięła się u boku Franza? Przyszły autor Przemiany ma wtedy około 24 lat, jest w pełni sił witalnych. Max Brod, przyjaciel Franza i propagator jego twórczości, pisze:
„Przypominam sobie jego afekt do kelnerki w jednej z winiarni, imieniem Hansi, o której powiedział kiedyś, że całe pułki kawalerii przejeżdżały po jej ciele. Franz czuł się w tym związku miłosnym bardzo nieszczęśliwy. Świadczy o tym również fotografia, na której figuruje razem z Hansi, ale sprawia takie wrażenie, jakby chciał uciec stamtąd czym prędzej”.
(Max Brod, Franz Kafka. Opowieść biograficzna, tł. T. Zabłudowski).
A więc Kafka i „dama lekkich obyczajów”? Cóż, nie jest tajemnicą, że młody Franz dość regularnie korzystał z domów uciech i łatwo nawiązywał relacje z „wiadomymi dziewczętami”. Skąd zatem te cenzorskie nożyce? Może biografowie pisarza za przykładem Maksa Broda uznali, że potomnym należy się obraz uduchowionego „pustelnika i anachorety”, którego „cała istota tchnęła tęsknotą do czystości”? (Max Brod).
Czerwony Piotruś (Rotpeter) w Sprawozdaniu dla Akademii zwierza się szacownym akademikom, w sposób drobiazgowo naukowy zdając relację ze swych pierwszych pięciu lat obcowania z ludźmi:
czytaj dalej →
„Pierwszym nakazem, jaki sobie postawiłem, było właśnie zaniechanie wszelkiego uporu; ja, wolna małpa, poddałem się temu jarzmu”.
Pochwycony w afrykańskim buszu, przemocą przeniesiony do wielkiego miasta, Czerwony Piotruś robi karierę artysty kabaretowego i stara się ze wszystkich sił jak najpełniej przemienić się mentalnie w człowieka. Albowiem wyjścia z opresji upatruje nie w ucieczce, nie w samobójstwie, lecz w całkowitej adaptacji do ludzkiej cywilizacji.
„Naumyślnie nie mówię: wolność. Nie myślę o tym wielkim poczuciu wszechstronnej wolności. Jako małpa znałem je może i poznałem ludzi, którzy za nim tęsknili. Ale co do mnie, to ani nie domagałem się wtedy, ani dziś jeszcze nie domagam się wolności. Mówiąc nawiasem: tą wolnością ludzie zbyt często się oszukują”.
– stwierdza Czerwony Piotruś z wyczuwalną goryczą.
Zdaniem niektórych kafkologów Sprawozdanie dla Akademii to „bodaj najzabawniejsza historia zwierzęca Kafki”. Głęboko się z nimi nie zgadzam. Owo literalne „małpowanie” człowieka sprowadza się bowiem w praktyce do naśladowania jego postaw i przejęcia całego zestawu ludzkich przywar – od plucia i palenia fajki począwszy, po upijanie się wódką. Po wielu nieudanych próbach, za którymś razem małpa zdoła wreszcie opróżnić „flaszkę do dna” – i tak oto dokonuje się ostatni akt jej przeistaczania się w człowieka. Trudno o bardziej przejmującą ocenę kondycji człowieka i parodii wolności, którą „ludzie zbyt często się oszukują”.
Najważniejszy literacki głos naszych czasów; twórca, który dogłębnie przemienił współczesną literaturę; żydowsko-czesko-niemiecki pisarz, który słowem zawojował cały świat. Skoro tak, aż ciśnie się na usta pytanie: które z najbardziej liczących się nagród stały się udziałem Kafki? Lub zapytajmy prościej: ile nagród Kafka otrzymał za życia?
czytaj dalej →
Uczestnik konkursu mający udzielić poprawnej odpowiedzi miałby nie lada dylemat. Na upartego bowiem, w zależności od podejścia interpretacyjnego jurorów i stopnia podchwytliwości zawartej w pytaniu, dałoby się obronić aż trzy różne odpowiedzi: 1. Kafka nie otrzymał żadnej nagrody; 2. za życia otrzymał jedną; 3. został uhonorowany, powiedzmy, ½ nagrody. Brzmi absurdalnie? Przyjrzyjmy się zatem faktom.
W 1915 roku laureatem prestiżowej Nagrody im. Fontanego zostaje Carl Sternheim, niezależny finansowo pisarz pochodzący z bardzo zamożnej berlińskiej rodziny. Jurorem decydującym o wyborze takiego a nie innego pretendenta był Franz Blei, który kilka lat wcześniej wraz ze Sternheimem założył pismo literackie „Hyperion”, gdzie ukazywały się pierwsze utwory Kafki. To Blei wymyślił, że nagroda nominalnie trafi do Sternheima, zaś jej pieniężny ekwiwalent (800 marek) laureat sceduje na rzecz Kafki, którego zresztą osobiście nie znał. Co kryło się za inicjatywą Bleia? Na dniach miała się ukazać Przemiana Kafki i Blei spodziewał się, że „zamieszanie” wokół nagrody dobrze się przysłuży opowiadaniu Franza.
„Gdy Gregor Samsa obudził się pewnego rana z niespokojnych snów, stwierdził, że zmienił się w łóżku w potwornego robaka”.
(przeł. Juliusz Kydryński).
W liście do wydawcy Kafka przestrzegał przed próbami umieszczenia na okładce Przemiany czegokolwiek, co by choć aluzyjnie odnosiło się do wizji zarysowanej już w pierwszym zdaniu opowiadania. Nie wiadomo, czy wydawca istotnie nosił się z podobnym zamiarem, w każdym razie artysta projektujący okładkę postąpił po myśli pisarza.
Niewiele wiemy o kucharce w domu Kafków. Nie wiadomo, jak się nazywała, nie zachowała się najmniejsza wzmianka, czy gotowała dobrze czy źle. Jakkolwiek zresztą rzeczy się miały, jeśli przeszła do historii literatury, to nie za sprawą kulinarnych talentów.
czytaj dalej →
Jak pisze Kafka, zapewne – zgodnie ze swoim zwyczajem – wspomnienie to mocno koloryzując:
„mała, sucha, chuda, o spiczastym nosie i zapadniętych policzkach, żółtawa, ale silna, energiczna i władcza”
(Listy do Mileny, przekład Feliks Konopka) – kucharka była jednym z koszmarów dzieciństwa, które wywarły druzgocący wpływ na jego psychikę. W 1910 roku 27-letni Franz notuje na kartach Dzienników:
„Gdy się nad tym zastanawiam, muszę wyznać, że moje wychowanie zaszkodziło mi bardzo pod niejednym względem. Ten zarzut godzi w mnóstwo ludzi, mianowicie w moich rodziców, w paru krewnych, w niektórych odwiedzających nasz dom, w rozmaitych pisarzy, w pewną ściśle określoną kucharkę, która przez cały rok odprowadzała mnie do szkoły (…)”
(Dzienniki, przekład Jan Werter).
Jest 15 września 1889 roku, tego dnia 6-letni Franz ma rozpocząć naukę w szkole podstawowej. Julia Kafka jest w ostatnim miesiącu ciąży, Hermann Kafka skupia całą uwagę na prowadzeniu rodzinnego sklepu, zatem los Franza i tym razem powierzono postronnej osobie. I tak będzie przez co najmniej rok.
Pokonanie drogi z domu do szkoły zajmuje około dziesięciu minut, dla chłopca jednak minuty te zdają się wiecznością, a każdy krok przybliża go na skraj przepaści, na dnie której czają się potwory zaludniające szkolne korytarze, spiskujące na jego zgubę.
Jak wspomina Kafka jeszcze po 30 latach w jednym z listów do Mileny Jesenskiej:
„W chwili wyruszania kucharka mówiła, że opowie nauczycielowi, jaki byłem w domu niegrzeczny”.
Czy miała powód, by skarżyć się na sześciolatka przed nauczycielem? Wątpliwe. Uciekając się do szantażu, chciała sobie zapewne ułatwić zadanie; możliwe też, że dręczenie chłopca zupełnie zależnego od jej widzimisię sprawiało jej przyjemność. „Nigdy nie powiedziała – wyjaśnia po latach Franz. – Ale zawsze miała tę możliwość”. (Listy do Mileny).
Możliwość, że wydarzy się coś złego, daleka od określoności zapowiedź fatum, cień czającego się za rogiem nieszczęścia, przeczucie zaledwie – to jeden ze znaków firmowych prozy Kafki. Być może literatura zawdzięcza rzeszom bezimiennych „kucharek” więcej, niż bylibyśmy skłonni przypuszczać.
W pierwszych dniach września 1917 roku Kafka przyjeżdża do Zürau, małej wioski w północno-zachodnich Czechach, gdzie jego siostra Ottla prowadzi gospodarstwo rolne.
czytaj dalej →
Cisza, górzysty krajobraz, obecność siostry, z którą łączą go więzi prawdziwej przyjaźni, odosobnienie, którego tak bardzo łaknie – czegóż więcej trzeba, by czuł się szczęśliwy? „(…) wolność, wolność przede wszystkim” – pisze w liście do Maxa Broda. Ową „wolnością”, która będzie przybierać różne oblicza, Kafka będzie się cieszył przez osiem miesięcy pobytu w Zürau, zakłócanego tylko krótkimi przerwami.
Zaledwie miesiąc wcześniej Kafkę odwiedza niespodziewany gość, z którym przyjdzie mu spędzić ostatnie lata życia:
w zapiskach Franz ze skrupulatnością kronikarza odnotowuje, że w nocy pluł krwią. Niedługo potem z ust lekarza słyszy diagnozę: gruźlica.
W Zakładzie Ubezpieczeń Robotników od Wypadków, gdzie od lat pracuje, bierze urlop i dla podratowania zdrowia wyjeżdża do Zürau. Wtedy jeszcze wierzy, że diagnoza nie jest wyrokiem, uda mu się zwalczyć chorobę i powrócić do zdrowia. Co więcej, gruźlica wydaje się nieść obietnicę wyzwolenia od wszelkich zobowiązań – biurowych, towarzyskich, powinności wobec rodziców i małżeńskich planów nie wyłączając. „To prawie ulga” – pisze do swego wydawcy Kurta Wolffa.
Jest jednak coś, co ten – pozorny, zgódźmy się – spokój zakłóca.
Myszy. „To narodek przerażający, milczący i hałaśliwy – pisze do swego przyjaciela Feliksa Weltscha. – Cóż za niezmiernie ruchliwe istoty i jakaż uciążliwa ich pracowitość”.
Nocne mysie harce stają się obsesją dla Kafki, który nocą przecież, w zupełnej ciszy, zwykł zatapiać się w pracy. O inwazji dokuczliwych gryzoni pisze niemal w każdym liście wysyłanym z Zürau. I najwyraźniej nie u każdego adresata znajduje zrozumienie, skoro w odpowiedzi na uwagi Maxa Broda ripostuje:
„Wydaje ci się, że nie masz nic przeciw myszom? Oczywiście także przeciw kanibalom nie masz nic, ale gdyby ci się pojawili w nocy, wypełzając spod wszystkich szaf i zgrzytając zębami, to na pewno nie mógłbyś ich znieść”.
„Gdy Gregor Samsa obudził się pewnego rana z niespokojnych snów, stwierdził, że zmienił się w łóżku w potwornego robaka”. (przekład: Juliusz Kydryński). Tym zdaniem zaczyna się Przemiana, jeden z najbardziej znanych tekstów Kafki.
czytaj dalej →
Niezwykła metamorfoza, która dokonuje się w ciągu zaledwie jednej nocy, całkowicie dezorganizuje życie rodziców i siostry Gregora, jednak – o dziwo – nie wydaje się wprawiać ich w osłupienie. Można odnieść wrażenie, że syn i brat w jednej osobie padł ofiarą choroby. W miarę jak „przypadłość” Gregora postępuje, początkowa troska rodziny zmienia się w obojętność, opiekuńczość przeradza się w zniechęcenie, które ostatecznie przechodzi w nieskrywaną wrogość. To nie kto inny, a ukochana siostra Greta, z którą Gregora łączyły najbliższe relacje, pierwsza wypowiada na głos to, o czym pozostali domownicy myślą: Kiedyż to się wreszcie skończy!
Gregor Samsa jest komiwojażerem. Zmuszony zrywać się skoro świt, znosić trudy ciągłych podróży, przesypiać noce w kiepskich hotelikach, jeść byle jak i zawsze z doskoku – czyż nie marzy mu się odmiana losu? Może sekretnie wzdycha sobie: Ach, gdybyż wydarzyło się coś, co uwolni mnie od kieratu znienawidzonej pracy!
Tak rozpatrywany, przypadek Gregora S. wydaje się być bliski zapisom onirycznych wizji, jakim przyglądał się współczesny Kafce Zygmunt Freud. W jednym z listów do Felicji Kafka zwierza się, że pomysł Przemiany zrodził się w jego głowie pewnego ranka, kiedy leżał w łóżku, nie mogąc się zmusić do wstania.
Pomysł – dodajmy – być może tylko do pewnego stopnia nowy, skoro w napisanym sześć lat przed Przemianą opowiadaniu Kafki Przygotowania do ślubu na wsi bohater Edward Raban, szykujący się nie bez oporów do wyjazdu na wieś do narzeczonej, raptem chwyta się myśli zgoła irracjonalnej:
„Nie potrzebuję nawet jechać na wieś osobiście. (…) Poślę tylko swoje przyodziane ciało. (…) Ja tymczasem we własnej osobie spoczywam w łóżku”, gdzie „podobny jestem, jak sądzę, do wielkiego żuka, do jelonka albo do chrabąszcza”.
Hugo Bergmann, przyjaciel Kafki jeszcze z lat szkolnych, późniejszy rektor Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, w wydanych wspomnieniach pisze, że w czasach gimnazjalnych często bywał w domu Kafki, a Franz równie często go odwiedzał.
czytaj dalej →
Podczas jednej z takich wizyt 14-letni wówczas Franz oświadczył z powagą, że będzie pisarzem.
Rozbawił tym do łez starszego brata Hugona, najwyraźniej przekonanego, że chłopak w tym wieku powinien marzyć o zostaniu podróżnikiem, odkrywcą, lekarzem, inżynierem, ewentualnie strażakiem lub policjantem.
W sztambuchu młodego Bergmanna, do którego wpisywali życzenia, wierszyki i sztampowe zapewnienia o przyjaźni koledzy Hugona, przyszły autor Zamku zamieścił wpis opatrzony datą 20 listopada (według Bergmanna był to 1897 rok, czyli Franz miał 14 lat):
„Przychodzimy i oddalamy się. Odchodzimy i często nigdy więcej się nie spotykamy”.
(podaję za Ernstem Pawelem, Franz Kafka. Koszmar rozumu, w przekładzie Ireny Stąpor).
To najwcześniejsza udokumentowana próba literacka Kafki, tym cenniejsza, że sporządzona jego własną ręką.
Czy Franz już wcześniej podejmował próby wypłynięcia na szerokie wody literatury? Tak – choć może nie „szerokie wody”, a raczej skromne „przydomowe bajorko”.
Miał 9 lat, kiedy stworzył sztukę o Jerzym z Poděbrad, królu Czech i czeskim bohaterze narodowym.
Tekst się nie zachował, przetrwały natomiast relacje, że młodziutki Franz pisywał krótkie jednoaktówki wystawiane dla uświetnienia rodzinnych uroczystości, z domownikami w roli aktorów. Iluż z nas, mając 9 lat, nie prezentowało przed rodzinnym audytorium muzycznych, teatralnych czy literackich talentów?
A jednak Kafka jest przypadkiem odosobnionym, bo już wtedy – w sposób dostępny dojrzałym umysłom – zdawał się przeczuwać, że chęć zostania pisarzem nie jest dziecięcym marzeniem ani kaprysem dojrzewającego nastolatka, lecz wymagającym obowiązkiem. Czymś, co po latach nazwie „rodzajem modlitwy”.
W jednym z listów powstałych w okresie pisania Zamku Kafka zawarł swoiste pisarskie credo:
„Egzystencja pisarza zależy prawdziwie od biurka, jeśli chce się wymknąć szaleństwu, nie może nigdy oddalać się od biurka, musi trzymać się go mocno, jak uczepiony zębami”.
czytaj dalej →
Z kolei wśród liczącej ponad 500 listów korespondencji do Felicji Bauer jest również i ten, w którym Franz zwierza się, że do pisania potrzebuje odosobnienia jak „umarły”. Jak w takim razie pogodzić tę deklarację z faktem, że przez większość dorosłego życia mieszkał z rodzicami?
W nowoczesnej jak na owe czasy kamienicy nad Wełtawą (była winda!), dokąd rodzina Kafków przeprowadziła się w 1907 roku, Franz zajmował przejściowy pokój między salonem i sypialnią rodziców.
„Kiedy po lewej cichnie hałas związany ze śniadaniem, z prawej pojawia się zgiełk przygotowań do obiadu. Wszędzie drzwi otwierają się tak, jakby ludzie chcieli przebić się przez ściany”.
– uskarża się w innym liście.
Może zatem właśnie biurko, podniesione do rangi pisarskiego azylu, dawało Kafce siły do zmagania się z rozlicznymi przeciwnościami – od niemocy twórczej po atakujące go zewsząd hałasy w domu zamieszkałym przez osiem osób?
Było niczym kapitański mostek, z wysokości którego, wyprawiając się na nieznane wody, zaklinał wrogie żywioły zawołaniem: „Pisanie mnie podtrzymuje. (…) Niepiszący pisarz to potwór ocierający się o obłęd”.
Dziwak stroniący od ludzi, opryskliwy egoista, z trudem nawiązujący relacje z innymi, nieskory do pomocy – taki obraz żydowskiego pisarza z Pragi, tworzącego w języku niemieckim, pokutuje w zbiorowej świadomości.
czytaj dalej →
Jak dalece jest nieprawdziwy, dowodzą relacje współczesnych Kafce. Według klasowych kolegów Franz zwracał uwagę schludnością idącą w parze z dobrymi manierami i życzliwością. Hugo Bergmann, w latach gimnazjalnych najbardziej z Kafką zaprzyjaźniony, postrzegał Franza jako pewnego siebie, obdarzonego rzadkim poczuciem humoru i zdrowym rozsądkiem, które to cechy sprawiały, że był cenionym towarzyszem wspólnych szkolnych wypraw, a w życiu dorosłym pożądanym kompanem wieczornych biesiad.
Nawet osoby niechętne autorowi Zamku przyznawały, że był przez wszystkich lubiany i nie miał żadnych wrogów. Jak podkreśla Brod, który Franza często odwiedzał w biurze, w pracy cieszył się sympatią wszystkich – od dyrektora począwszy, a na sprzątaczkach skończywszy.
Jeden z biurowych kolegów Kafki wspominał, że Franz wspomagał drobnymi kwotami jednego z pracowników, z trudem wiążącego koniec z końcem. Kiedy ten przychodził uregulować dług, Kafka odmawiał:
„Pan potrzebuje tej pomocy, a ja mam obowiązek jej udzielić”.
(Klaus Wagenbach, Franz Kafka, tł. Barbara Ostrowska).
Proces, Franz Kafka & Grzegorz Gortat (wydanie nowe i uzupełnione)
Fragment ostatniego rozdziału (oprawcy prowadzą Józefa K. na miejsce kaźni):
czytaj dalej →
Barkami przywarli od tyłu do jego barków, nie zgięli ramion, tylko opletli nimi proste ramiona K., dłonie przytrzymując wyuczonym, żelaznym chwytem. Wszyscy trzej tworzyli teraz taką jedność, jakby tacy przyszli na świat i pod taką postacią mieli go pożegnać.
„To wbrew prawu, panowie! – zaprotestował Józef K. i świadom obywatelskiej powinności próbował poluzować uchwyt panów w służbowych cylindrach i surdutach. – Powinniśmy zachowywać dwumetrowe odległości!”
No, nie tyle Kafka, co poświęcona mu trzytomowa biografia, której dwa ostatnie tomy właśnie do mnie dotarły. (Wypada mi tylko żałować, że nie znam niemieckiego, ale angielskie tłumaczenie jest doskonałe i wierne).
czytaj dalej →
Niech Państwa nie zmyli fakt, że dwa „nowe” tomy różnią się formą zewnętrzną od wcześniejszego, opisującego lata 1910–1915; ten tom bowiem, choć w trylogii zajmuje pozycję „środkową”, ukazał się jako pierwszy (oryginalne wydanie niemieckie: 2002). Powód? Stach zaczął od stosunkowo dobrze udokumentowanego okresu 1910–1915, jako że większość materiałów dotyczących życia Franza do roku 1910 znajdowała się w posiadaniu spadkobierców Maxa Broda i badacze przez wiele lat nie mieli do nich dostępu.
Choć należy się zgodzić z opinią, iż żadna poświęcona Kafce biografia nie może zostać uznana za pełną i definitywną, praca Stacha z całą pewnością jest najbliższa tak rozumianemu ideałowi. Poświęcić ponad dwadzieścia lat na biografię pisarza, który ma na swoim koncie trzy nieukończone powieści? Warto było? Kto stawia takie pytanie na poważnie, powinien trylogię Stacha przeczytać. A jeszcze lepiej – powinien zacząć czytać Kafkę.
W pewien wrześniowy dzień 1912 roku Franz Kafka zasiadł do pisania listu do przyszłej narzeczonej, Felicji. Był to dopiero drugi z ponad pięciuset listów, które przez pięć lat znajomości do niej wysłał. Znajomości trudnej i obfitującej w wiele metaforycznie i dosłownie rozumianych westchnień.
czytaj dalej →
„Jak zdobyłem Pani adres? (…) Pani adres właściwie wyżebrałem. Naprzód podano mi nazwę jakiejś spółki akcyjnej, ale to mi się nie podobało. Potem dostałem Pani adres prywatny, ale bez numeru domu, następnie zaś także numer. Teraz byłem już zadowolony i właśnie dlatego naprzód jeszcze nie pisałem, uważałem bowiem, że adres to już jest jednak coś, a poza tym obawiałem się, że adres może być fałszywy (…). A nie ma nic smutniejszego niż wysyłać list na adres niepewny, nie jest to wtedy list, jest to raczej westchnienie”.
Rozważanie, pierwsza książka Kafki, na którą składały się krótkie teksty Franza, sprzedawała się słabo. Mimo że zbierała bardzo dobre recenzje w pismach literackich, z ośmiuset numerowanych egzemplarzy przez pięć lat sprzedała się zaledwie połowa nakładu.
czytaj dalej →
Kurt Wolff, ówczesny wydawca Kafki, najwyraźniej nie był tym zniechęcony. W liście do pisarza zauważa:
„Zarówno Pan, jak i my wiemy, iż tak się zwykle dzieje, że właśnie najlepsze i najbardziej wartościowe rzeczy znajdują oddźwięk nie od razu, lecz dopiero później, i nie tracimy wiary, że niemieckie kręgi czytelnicze posiądą zdolność odbioru, na jaką książki te zasługują”.
Mimo niskich wyników sprzedaży debiutanckiego tomu Wolff zapewnia, że każdy nowy tekst powita „ze szczególną wdzięcznością”.
„Ucieszyłbym się ogromnie, gdyby (…) powierzył nam Pan do wydania następne książki. Każdy rękopis, który zdecyduje się Pan nam przesłać, będzie mile widziany i z serdeczną troską wydany w formie książkowej”.
Milan Kundera otrzymał cenioną w świecie nagrodę im. Kafki, przyznawaną przez założone w Pradze Stowarzyszenie Franza Kafki. Decyzja o nagrodzeniu Kundery cieszy; można by tylko zapytać, dlaczego wyróżnienie przyszło dopiero teraz.
czytaj dalej →
Zapewne po części dlatego, że urodzony w Brnie, od 1975 roku mieszkający we Francji Kundera ma mocno skomplikowane relacje z krajem ojczystym. Od lat pisze po francusku; co więcej, aż do niedawna odmawiał zgody na tłumaczenia swych powieści na czeski.
Władze komunistyczne pozbawiły go czeskiego obywatelstwa w 1979 r. i dopiero czterdzieści lat później, przy dużym zaangażowaniu ze strony premiera Czech, Kundera zgodził się przyjąć czeskie obywatelstwo.
Kundera na wieść o przyznaniu mu nagrody podobno bardzo się ucieszył. Przy tej okazji warto przypomnieć, że Kundera Kafkę ceni, ale jest bardzo daleki od wykreowanego przez Maxa Broda hagiograficznego portretu autora Zamku.
„Gdyby nie Brod, nie znalibyśmy nawet dzisiaj nazwiska Kafki”.
– przyznaje Kundera, dodając jednak zaraz, że to Brod jednocześnie ponosi winę za pokutujące do dzisiaj przekonanie, iż Franz był
„świętym naszych czasów”
– niezrozumianym przez świat, cierpiącym w samotności i skazanym na duchowe katusze.
„Max Brod stworzył obraz Kafki i obraz jego dzieła”
i to on ostatecznie jest winny temu, że
„autor znany publiczności pod nazwiskiem Kafki nie jest już Kafką, lecz Kafką skafkalogizowanym”.
(Cytaty pochodzą z książki Kundery Zdradzone testamenty w przekładzie Marka Bieńczyka).
W październiku 1937 roku w Stanach Zjednoczonych nakładem wydawnictwa Knopf ukazuje się angielski przekład Procesu. Siedem lat wcześniej Knopf wydał przekład Zamku, a w 1941 roku czytelnik amerykański może się zapoznać z angielską wersją Ameryki.
czytaj dalej →
Krytycy różnią się w ocenach. Jedni nazywają Kafkę „wizjonerem” i „pisarzem wybitnym”, inni piszą z wyczuwalną ironią, że niemieckojęzyczny pisarz z Pragi musiał być istotnie twórcą nieprzeciętnym, skoro jego prozę („jak pisze wydawca”, dodają) podziwiają takie tuzy literatury jak „Tomasz Mann, Gide, Aldous Huxley, Swinnerton i Rebecca West”.
Jednak nawet ci, którzy Franza K. chwalą, dodają istotne w ich mniemaniu zastrzeżenie:
„Kafka nie jest pisarzem dla każdego”.
(Louis Kronenberger).
„[Jego proza jest] śmiała, ambitna i odkrywcza, nie jest jednak dla czytelników, którzy nie lubią literatury trudnej i wywołującej niepokój”.
(Milton Merlin).
Charles Neider jako jeden z nielicznych prorokował pośmiertny sukces pisarza:
„Książki te są znane tylko nielicznym i przez nich cenione; jednak moim zdaniem będą cennym doświadczeniem dla wielu”.
Warto wszakże zauważyć, że Neider pisał te słowa w sierpniu 1945 roku – w świecie już naznaczonym przez koszmar wojny i Holokaustu; w świecie, dodajmy, dla którego Kafka nie jest już tylko twórcą dziwnej, onirycznej prozy, ale
„zwierciadłem dla naszej niepewności, frustracji i lęków”.
„Gdy Gregor Samsa obudził się pewnego rana z niespokojnych snów, stwierdził, że zmienił się w łóżku w potwornego robaka”. Takim zdaniem rozpoczyna się nowela Kafki pt. Przemiana. Scena działa na wyobraźnię, prawda? Nie?
czytaj dalej →
To spróbujmy postawić się w sytuacji Gregora – czyli, jak mówią Amerykanie, wejść „w jego buty”. Po przebudzeniu widzimy, że znaleźliśmy się w obcym sobie miejscu; albo przez noc postarzaliśmy się o czterdzieści lat; lub też (wracamy do wizji Kafki) zamieniliśmy się w mysz, lwa, królika bądź robala.
Tak rozumiana „przemiana” nie była Kafce obca. Bohater opowiadania Przygotowania do ślubu na wsi (powstałego sześć lat przed Przemianą) snuje taką oto wizję:
„Gdy leżę w łóżku, podobny jestem, jak sądzę, do wielkiego żuka”.
A sam Franz w jednym z listów do Felicji Bauer porównuje siebie właśnie do robaka.
Moja rada? Warto mieć baczenie na to, o czym myślimy, kładąc się do snu. Wszak „chwila przebudzenia jest najbardziej ryzykowną chwilą” (zdanie z Procesu). Może się na przykład okazać, że buty, które postawiliśmy wieczorem pod łóżkiem, już na nas nie pasują.
„Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany”. (tłum. Bruno Schulz).
Spróbowałem tę scenę przedstawić graficznie.
czytaj dalej →
Kiedy Józef K., jeszcze leżąc w łóżku, dzwonkiem przywołuje gospodynię spóźniającą się ze śniadaniem, zamiast tejże zjawia się dwóch obcych mężczyzn (w powieści Franza Kafki zwiastunem kłopotów czekających na bohatera Procesu jest jeden „smutny pan”, drugi – jak się ma wkrótce okazać – czeka w przyległym pokoju).
K. kuli się pod spojrzeniem obcych, którzy najwyraźniej nie mają dobrych zamiarów; niczym dziecko próbuje schować się pod kołdrą. Nie tak miał wyglądać dzień jego trzydziestych urodzin: spodziewał się zwyczajowych w takich wypadkach celebracji w biurze, upominków i ukłonów od podwładnych, przyjacielskiej pogawędki z dyrektorem, może nawet zaproszenia do jego willi na kolację. Choć równie miłym akcentem byłoby kilka godzin spędzonych wieczorem z przyjaciółmi w piwiarni, zwieńczonych późną wizytą u dziewczyny „imieniem Elza”, którą raz w tygodniu odwiedzał.
Porządek dnia Józefa K. i jego urodzinowe plany ktoś niespodziewanie zaburzył. Kto?
Uwadze czytelnika nie powinna ujść zapewne nieprzypadkowa informacja, że początek całej lawiny niepokojących wydarzeń przypada właśnie na dzień trzydziestych urodzin Józefa K. Pośród rozlicznych, często naciąganych i fantazyjnych interpretacji Procesu, ta zasługuje przynajmniej na rozważenie: moment ukończenia trzydziestu lat – ta swoista cezura w życiu człowieka (odczuwana zwłaszcza przez pokolenia współczesne Kafce, przy niższej niż obecna średniej długości życia) – oznacza kres wieku młodzieńczego i początek nieuchronnego zbliżania się do strefy cienia.
Wyrok został wydany, żadne apelacje do wyższych instancji nie okażą się skuteczne. Od zarania dziejów nie słyszano przecież, by w „procesie” toczonym według tych prawideł choć jeden śmiertelnik doczekał się uniewinnienia; możliwe jest co najwyżej odwleczenie „wyroku”. Wszak już z chwilą urodzenia, ledwo zegar zaczyna odmierzać nasz czas, wszyscy zaczynamy podlegać jednakiej instancji i tej samej karze.
Mocno naciągane? Może warto by w tej sprawie zasięgnąć opinii Kafki. Coś mi się zdaje, że sam Franz mocno zgrzyta zębami, kiedy czyta niezliczone interpretacje Procesu – od freudowskich dywagacji psychologicznych po marksistowskie odczytanie powieści jako obrazu zniewolenia jednostki w okowach kapitalizmu.
A wracając do fabuły powieści, równie symboliczny jak jej początek wydaje się finał: „aresztowany” w swe trzydzieste urodziny, Józef K. dokładnie w przeddzień trzydziestych pierwszych urodzin widzi na progu mieszkania innych „dwóch panów”. Wizyta nie była zapowiedziana, ale K., w odświętnym czarnym ubraniu, najwyraźniej się ich spodziewa i pozwala się prowadzić na miejsce kaźni. Od początku wiedział, że od tego „wyroku” nie ma odwołania?
Fabuła Procesu Kafki jest dość dobrze znana – urzędowe, niejako wstępne „aresztowanie”, następujący potem szereg sądowniczych, acz mało zrozumiałych perypetii, wreszcie – niemal dokładnie rok po prologu – krwawy epilog.
czytaj dalej →
A gdyby tak pokusić się o wprowadzenie alternatywnego rozwiązania, różniącego się krańcowo od pomysłu Kafki? Dowolnie lepiąc podatny podobnym zabiegom materiał, jakim jest fikcja, pokuśmy się o pokierowanie losem Józefa K., dodajmy mu odwagi, wzbudźmy w nim zbawienny opór i każmy spróbować ucieczki przed oprawcami, którzy wszak reprezentują zaiste przedziwną instancję sądowniczą.
Czy w obliczu niezrozumiałej niesprawiedliwości bunt nie byłby u każdego człowieka naturalnym odruchem? Idę o zakład, że Franz Kafka, znany przecież z poczucia humoru, przyjąłby mój literacki wybryk ze zrozumieniem.
„Zaraz jednak przed bramą uchwycili go w taki sposób, w jaki jeszcze K. nigdy z żadnym człowiekiem nie chodził. Trzymali ramiona blisko siebie za jego plecami, nie zgięli ramion, tylko objęli nimi ramiona K. w całej ich długości i na dole chwycili jego ręce wyszkolonym wprawnym chwytem, któremu niepodobna się było oprzeć. (…) Wtem po małych schodkach z niżej położonej uliczki wyszła przed nimi na plac panna Bürstner. Zatrzymała się, jakby chciała coś mu przekazać słowem albo gestem, lecz zaraz ruszyła dalej. Podążała przed nimi równym, pewnym krokiem, jak ktoś, kto zna początek i koniec swej drogi, zatem ma niezachwianą pewność, że kres jeszcze nie nadszedł. Skręciła w pierwszą boczną uliczkę. Wciąż miał jej widok przed oczami, gdy wezbrał w nim bunt i – wyrwawszy się oprawcom – puścił się biegiem przed siebie, raptem nabrawszy pewności, że jak długo stawiać będzie opór, tak długo nic złego nie może go spotkać”.
W Dziennikach pod datą 25 września 1912 roku Franz Kafka zanotował między innymi:
„Dziś wieczorem oderwałem się od pisania. Kino w Teatrze Krajowym. Loża. (…) Życiorys Körnera. Konie. Siwy koń. Dym prochu. Dzika pogoń Lützowa”.
(tł. Jan Werter).
czytaj dalej →
Jak za jedną z ówczesnych gazet podaje Bernd Neumann (Franz Kafka: Aporie asymilacji), tego dnia w praskim kinie grano między innymi film o życiu i twórczości Karla Theodora Körnera, niemieckiego poety i żołnierza, zaprzysięgłego wroga Napoleona, który zaciągnął się do korpusu ochotników Lützowa i w wieku zaledwie 22 lat oddał życie na polu bitwy.
Badacze twórczości Kafki są niemal jednomyślni: wkrótce po seansie filmowym Kafka przystąpił do pisania nowej wersji Palacza, rozdziału rozpoczynającego powieść Zaginiony (Max Brod, który wydał powieść po śmierci Kafki, zatytułował ją Ameryka). I nie jest zapewne dziełem przypadku, że Kafka nadał bohaterowi powieści imię Karl.
Pod koniec ubiegłego roku ukazał się przekład książki Hannsa Zischlera pod polskim tytułem Kafka idzie do kina (Ossolineum 2020). Nie trafiła jeszcze na moją „Kafkową półkę”, ale już teraz ostrzę sobie na nią zęby. O Kafce-kinomanie pisało już wielu kafkologów, Zischler jednak chyba jako pierwszy przedstawił temat tak obszernie. Wybrać się z Franzem na seans filmowy, poznawać Pragę idąc tropem jego kinowych peregrynacji – czyż może być większa frajda dla miłośnika jego twórczości?
W Procesie malarz Titorelli wyjaśnia Józefowi K., że istnieją trzy rodzaje uwolnienia:
prawdziwe uwolnienie, pozorne uwolnienie i przewleczenie.
To pierwsze jest najlepsze, ale uzyskanie go graniczy z cudem.
czytaj dalej →
Pozorne uwolnienie łatwiej uzyskać, nie jest ono jednak ostateczne i trzeba się liczyć z kolejnym aresztowaniem. Przewleczenie zaś wymaga nieustannej czujności i pełnego zaangażowania, bez liczenia się z czasem. W zasadzie to zajęcie na całe życie.
Jakie rozwiązanie Józef K. powinien wybrać? Jak ma szukać tak zwanej sprawiedliwości? Czy już od samego początku nie jest skazany na porażkę?
Wyobraźmy sobie jego próżne zabiegi: porusza się po omacku, mizerną lampą próbując rozświetlić ciemność, nie wiedząc, co czai się za jego plecami.