Robinson i sława
Grzegorz Gortat

Mój poczciwy Robinson z samego rana ubrał się odświętnie i wdrapawszy się na palmę, powrósłem przywiązał się do pnia. Godziny mijały, a on ani myślał schodzić. Z początku sądziłem, że wypatruje, czy od strony morza nie nadciąga jakowy ratunek. Zapewne, uznałem, wczorajsze wino za cienkie było i nostalgia za ojczystym domem znów biedaka dopadła.

Wiem, jakiego trzeba mu lekarstwa! Oporządziłem zająca i jąłem nad ogniem opiekać, skapującym tłuszczem polewam pieczone pataty z przydomowego ogródka.

Nawet nie spojrzy!

Użyłem broni ostatecznej. Ulubioną kozę Robinsona, którą tenże własnoręcznie szczotkuje, a w upalne księżycowe noce odwiedza w zagrodzie, ściągnąłem z pastwiska i prowadzę do szopy, gdzie trzymamy katowski pień. Pani Robinson zapiera się i beczy, Robinson siedzi nieporuszony.

Gorzej, bo słońce zaszło i noc się zbliża, wiem już zatem, że nie dla wypatrywania okrętowych masztów na palmę się wdrapał. Nie wytrzymałem. Podszedłem i zadarłszy głowę, niby od niechcenia pytam:

- Co widzisz, panie?

Nie odpowiedział. Poświstuje tylko przez zaciśnięte zęby. Traciłem już nadzieję, gdy raptem słyszę z góry:

- Widzę, jakem nisko upadł.

Przyznaję, złość mnie wzięła. Nikt jeszcze nie wytknął mi tak grubiańsko mego plebejskiego pochodzenia. Przełknąłem obrazę. Mówię słodko:

- Nie trać nadziei, panie. Nie dziś, to jutro, pojutrze, zawinie statek i weźmie cię na pokład.

- Głupiś, Piętaszku, nie o mojej niedoli na wyspie mówię. Z samego rana naszło mnie wspomnienie sromotnej porażki, która naznaczyła dzień mych osiemnastych urodzin. Musisz wiedzieć, że z dawna postanowiłem, iż tego dnia dam wreszcie światu poetę, jakiego daremnie wyglądał. Osiemnaście strzelistych sonetów, które, pisząc, sam podlewałem łzami wzruszenia, skończyłem równo ze wschodem słońca i już w południe przybiłem do drzwi ratusza. Niechże i inni, myślałem, poznają owoc nieprzeciętnego talentu.

- Nader szlachetnie z twojej strony, panie. Nie mów tylko, że spadł rzęsisty deszcz i zmył atrament.

- Wieść się rozeszła. Tłum przed ratuszem gęstniał i nim minęła godzina, wypełnił cały rynek. Ach, Piętaszku, grzałem się w promieniach należnej mi sławy! Na wyścigi cytowano wersy mych sonetów, z czcią wykrzykiwano moje imię i wyliczano przyszłe zasługi dla sztuki. Poczciwi obywatele ułożyli petycję do burmistrza, prosząc, by ofiarował mi najpiękniejszy dom w mieście i dożywotnią pensję.

- Nie przyjąłeś, oczywiście – pochwyciłem, mając na względzie nauki samego Robinsona, że nic tak nie zabija sztuki, jak życie w dostatku.

- Durny Piętaszku – podjął smętnie – godzina nie upłynęła, a po mojej sławie ślad nie pozostał. Bo gruchnęła wiadomość, że na drzwiach teatru zawieszono ucieszne rysunki i wszyscy rzucili się je oglądać. Pojmujesz, Piętaszku? Nagie niewieście piersi i odsłonięte przyrodzenia! Całość oddana wiernie i, a jakże, detalicznie, motłoch aż wyciągał ręce, by tych płaskich rozkoszy zakosztować. I tak oto za sprawą kosmatych łon na forum Erotikonu, mej poezji i sławie zadano śmiertelny cios.

Milczałem, świadom, że gdyby mnie przyszło wybierać, też bym pewnie poświęcił sonety dla gołych piersi. Odważyłem się wszak zapytać:

- Ale czemuś, panie, postanowił zniknąć mi z oczu na cały dzień?

- Chciałem w samotności przeżywać gorycz niesławy.

- Tylko po jakie licho wspiąłeś się na drzewo?

- Bo z góry, Piętaszku – wychrypiał nieprzyjemnie – wydajesz mi się jakiś mały.

Zadarłem głowę, w zapadającym zmroku szukając Robinsona wzrokiem wśród palmowych liści.

- Dziwne – podchwyciłem – bo z miejsca, gdzie stoję, też wydajesz mi się, panie, dużo mniejszy.