Robinson i teoria względności
Grzegorz Gortat

Mój poczciwy Robinson w przypływie dobrego humoru uznał, że czas najwyższy zadbać o mą edukację.

- Jak myślisz, Piętaszku, jak daleko stąd do Księżyca? – spytał na początek, kijem naprowadzając mą uwagę na obiekt swych rozważań.

- Ze dwa dni drogi? – odparłem bez przekonania, bo nie znałem łodzi, w której taką drogę można przemierzyć.

- Durny Piętaszku, toć to dużo dalej niż do Anglii! Pewnie dalej nawet niż z Anglii na Czarny Ląd, gdzie słońce tak praży, że człowiek, już na świat przychodząc, ma czarną od gorąca skórę.

- Szmat drogi – przyznałem. – Ale chyba nie zbudowano jeszcze żaglowca, którym można na Księżyc dopłynąć?

- Chyba nie. – Westchnął.

- To po cóż się głowić?

- Postawiłem pytanie teoretyczne.

- Teoretyczne? – powtórzyłem usłyszane pierwszy raz słowo.

- Wierzymy, że coś jest realne, nie możemy tego jednak tymczasem dowieść.

- Nie do końca pojmuję, panie.

- W królestwie wiedzy świat dzieli się na zjawiska namacalne i nienamacalne, innymi słowy teoretyczne, czyli takie, które, jesteśmy przekonani, są równie realne jak kapusta z grochem do porcji dziczyzny, nijak jednak nie jesteśmy w stanie pochwycić ich w ręce, zmierzyć czy inaczej ułapić, choć całym swym jestestwem do tego dążymy, nierzadko tę porcję kapusty z grochem i dziczyznę czujemy już powonieniem, tym trudniej zatem przychodzi nam się tylko oblizać smakiem...

- Poczekaj! – przerwałem, bo nagle, na wyciągnięcie ręki, ujrzałem Minooto nagą od czubka głowy po obwieszone perłami stopy. I kiedym darmo wyciągał ręce, by ją pochwycić, pojąłem różnicę między światem zjawisk namacalnych i nienamacalnych, czyli istniejących teoretycznie. – Chyba już rozumiem, panie – bąknąłem bez entuzjazmu.

- Zapomnij tymczasem o Księżycu – ożywił się – prostszy przykład ci podam. Na początek przypomnij, ile masz lat?

- Według waszej miary, siedemnaście. Jużem ci tłumaczył, że u nas czas dzieli się nie inaczej jak na dzień i noc.

- Otóż czas właśnie jako zjawisko nienamacalne doskonale mą myśl tłumaczy. Nikt jeszcze czasu palcem nie dotknął, a przecież istnieje, skoro z roku na rok każdemu siwych włosów przybywa, a ubywa zębów i potencji.

- I na to są sposoby – wtrąciłem. – Odrobina wężowej maści nawet umrzykowi na jedną noc przywraca męskość.

- Ale czasu, Piętaszku, nie zatrzymasz. Dożywasz pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat i już zbijają dla ciebie sosnowe deski.

- Bez wyjątku?

- Bywają i tacy, którzy osiemdziesiątki dobiją, ale to fenomen nader rzadki.

- Kiedy i na to jest sposób. Gdyby rok zgodnie z waszymi porami roku podzielić na cztery, to miast pięćdziesięciu lat, żylibyście cztery razy dłużej.

- Bzdury pleciesz!

- Tylko teoretyzuję. Gdyby z kolei się umówić, że za jeden rok przyjmujemy wasze cztery ziemskie lata, to kończyłbyś żywot – pomogłem sobie na palcach – w wieku ledwie dwunastu lat.

- Cudaczne myślenie! – sarknął.

- Ale teoretycznie, przyznasz, rzecz jest możliwa. Czyż wszystko nie zależy od tego, względem jakiej wartości umawiamy się czas odmierzać? – Tłumaczyłem mu jeszcze długo, i, przyznaję, niezręcznie się czułem, zmuszony wobec Robinsona wyłuszczać rzecz tak oczywistą, jak teoria względności.