Robinson i wybory miłości
Grzegorz Gortat

Mój poczciwy Robinson przywołał mnie tuż po zachodzie słońca, kiedy szykowałem się już do spoczynku. Kazał mi siadać pod palmą, sam stanął trzy kroki ode mnie i przybrał tę niebezpieczną pozę, która w jego przypadku zwiastuje zapał kaznodziejski albo nadmierną ruchliwość zamieszkałego we wnętrznościach robaka, który razem z nim pałaszuje śniadania, obiady i kolacje.

- Co jest siłą napędową naszego ziemskiego żywota? – zaczął, kierując na mnie surowe spojrzenie.

Twarz oświetlał mi księżyc i wiedziałem, że w sen przed Robinsonem nie ucieknę. Nadstawiłem uszu, chcąc na początek się wywiedzieć, z którym z dwóch znanych wrogów dziś mam do czynienia.

– Miłość, Piętaszku – sam sobie odpowiedział, rękę kładąc w okolicy serca.

Zmartwiałem. Z dwojga złego wolę jego religijne kazania od nadczynności robaka, który w bebechach się wywracając, skazuje go na huśtawkę nastrojów, raz każąc mu rozmyślać o śmierci, innym razem wpychając w objęcia muzy, mnie zmuszając do słuchania nudnych strof o nieprzemijającej urodzie życia.

- Co wiesz o miłości, Piętaszku?

Zaskoczył mnie pytaniem, oczekiwałem bowiem raczej długiego wywodu o zwodniczych drogach miłości, okraszonego kilkoma metaforami dla ilustracji zjawiska i gwoli przestrogi.

- Diabli słono kosztuje – wyrwało mi się.

- Jakże to? – przysiadł na ziemi na wprost mnie.

- Nie każdego stać na taki wydatek. Żona kosztuje trzy dorosłe świnie, córka wodza dwakroć tyle.

- Durny Piętaszku! – poderwał się na nogi. – Miłość! Mówię o oceanie, na który wyprawiasz się każdej nocy, gdy we śnie myśli kierujesz ku ukochanej. Mówię o burzy, która z biciem serca potężnieje i porywa cię ku nowej a jakże wyczekiwanej krainie. O wietrze mówię, który wiekowe dęby muska jeno, a dorodnego mężczyznę zgina ku ziemi. O pożarze wreszcie, co dla świata całego niewidoczny pozostaje, a zakochanego spala jak pochodnię wiecznie płonącą ogniem bólu i pragnienia...

- Tylko deszczu jeszcze brakuje i trzęsienia ziemi – mruknąłem pod nosem, by zatrzymać ten potok literackich popłuczyn.

Ale Robinson w innym świecie już przebywał.

- Za jeden jej pocałunek gotów żem po ziemi się czołgać – jęczał w zachwycie. – Za błysk białego uda na okamgnienie odsłoniętego spod sukien i halek bogactwa całego świata bym oddał!

- Wolę, panie, byś moim majątkiem nie rozporządzał! – huknąłem.

Oprzytomniał. Wzrok miał dziki i nieprzyjazny.

- Miłość, durny Piętaszku, to jedyne bogactwo, o jakie warto zabiegać.

Dojrzałem dla siebie szansę, więc pociągnąłem wątek merkantylizmu i spytałem:

- Jakże też, powiedz, o nią zabiegasz?

- Wzdycham, robię słodkie miny i oplatam kobietę spojrzeniem. Dobrze jest też w jej obecności blednąć i rumienić się na przemian.

- Tylko tyle?

- Kupuję kwiaty, słodkości, bilety do teatru i pierścionki. Łzy rozstania z panieńskim stanem skutecznie osuszy złoty naszyjnik.

- Kosztowna to rzecz... – bąknąłem.

- Ale w nagrodę możesz odtąd nazywać ją żoną!

- Witaj małżeństwo, żegnajcie wydatki!

- Niezupełnie, Piętaszku – zmarkotniał po namyśle. – Zamarzy jej się nowa karoca – kupuj! Większy dom w mieście, posiadłość na wsi – kupuj! Olejne obrazy, włoskie gobeliny, francuskie meble, zamorskie smakołyki, czarna służąca...

- Trzos bez dna – podsunąłem.

- Szczęśliwie któregoś dnia dopada ją starość i myśli zaczyna kierować ku Bogu.

- Są więc i dobre strony starości – zaryzykowałem.

- Tak, Piętaszku, mało która młódka oprze się czarowi dojrzałego mężczyzny.

- Chcesz powiedzieć, że starość mężczyźnie przydaje uroku?

- Pieniędzy przydaje, durny Piętaszku! Nic tak nie rozkochuje młódek w starcach, jak pełny trzos.