Robinson i grzech pierworodny
Grzegorz Gortat

Mój poczciwy Robinson dopadł mnie niespodzianie, kiedym korzystając z fali przypływu, w morzu zażywał kąpieli.

- Grzech – powiedział dziwnie piskliwie i wskazujący palec podniósł groźnym gestem, brudnym paznokciem mierząc we mnie.

Wynurzyłem się z morskiej toni, pod palącym spojrzeniem Robinsona okrywając dłońmi nagie przyrodzenie.

- Grzech na cały ród ludzki! – syknął donośniej. – W brudzie się rodzimy i w brudzie umieramy.

Wiatr powiał w moją stronę, przynosząc odór kaftana z koziej skóry i skrytego pod nim ciała, które Robinson tylko w napadach rzadkiego szaleństwa zmusza do kąpieli. Zamiast ugryźć się w język, odwarknąłem:

- Przed śmiercią nie zawadzi choć raz wziąć porządną kąpiel!

- W wodzie chrztu, grzeszny Piętaszku! Żadna inna z grzechu pierworodnego cię nie obmyje.

- Szczęście prawdziwe, że urodziłem się z dala od twojej chrześcijańskiej Anglii.

- Durny Piętaszku, od skazy grzechu pierworodnego żaden naród i żaden człowiek nie jest wolny.

- Jakże to?

- Wszyscy od jednych rodziców pochodzimy.

- Anglicy, Francuzi, Hiszpanie – a nawet dzicy Salamakowie?

- Żydzi, Murzyni, muzułmanie oraz, niestety, także i papiści.

- Straszny w tym waszym niebie mętlik musi panować.

Nasrożył się i huknął:

- Co też po głowie ci chodzi?

- Upchać ich wszystkich do jednego worka? I to na całą wieczność? Toż to gorzej, niż gdyby węża, małpę i psa zamknąć w jednej klatce.

Robinson uśmiechnął się dobrotliwie.

- Nasz dobry Bóg o wszystkim pomyślał. Na zbawienie i niebo, Piętaszku, trzeba sobie zasłużyć. Muzułmanin, Żyd, Murzyn i papista, jeśli zgubnej wiary się nie wyrzekną i wodą chrztu grzechu pierworodnego nie zmyją, nieba nie zaznają.

- Kamień spadł mi z serca – odezwałem się kpiąco. – Wolałbym mieć chyba dzikiego Salamaka za sąsiada niż papistę.

Pogroził mi palcem:

- Porzuć pychę. Nawet papista dostąpi zbawienia, byle na prawdziwą wiarę się nawrócił.

- W przeciwnym razie?

- Niech się smaży po wsze czasy w swym papistowskim piekle!

- Chyba pojąłem, panie – rzekłem i robiąc tajemniczą minę, przywołałem Robinsona do siebie. Kiedy podszedł, chwyciłem go za kaftan i wciągnąłem do wody, wołając: - Może wiarę jest zmienić równie łatwo, jak hycając z wyspy na wyspę. Ale kogoś, kto rozsiewa taki fetor, nawet do kotła Salamaków by nie wpuścili!