Robinson i wyrzuty sumienia
Grzegorz Gortat

Mój poczciwy Robinson, nie zważając na spiekotę, leżał plackiem na plaży, uwolniony od koziego kaftana, nagi tors i przyrodzenie wystawiając na słońce. Mijały godziny, a Robinson tkwił nieporuszony w piaszczystym grajdołku. Nie drgnął nawet, kiedy fale przypływu jęły muskać mu pięty. Lęk mnie zdjął, że duch opuścił ciało i Robinson zażywa już metafizycznych rozkoszy w umiłowanej Anglii, ziemskie członki skazując na zatracenie.

Zbliżyłem się ostrożnie i obiadem z pieczonych przepiórek jąłem drażnić mu nozdrza. Podniósł powieki.

- Odstąp – wycharczał.

- Bałem się, żeś zasłabł.

- Nic mi nie jest – wydusił nieprzyjemnie.

- Twoje spieczone ciało może być innego zdania.

- Odejdź, Piętaszku. Ciało skazuję na cierpienie, by ratować duszę.

Oho, jęknąłem, znów przez trzy dni zmagać się będzie z grzechem i wiecznym potępieniem, o jedzeniu zapominając.

Postanowiłem użyć podstępu:

- Posil, panie, ciało obiadem, a łatwiej ci przyjdzie zatroszczyć się o duszę.

Pociągnął nosem, łowiąc zapach pieczonego ptactwa.

- Podstępny Piętaszku, skoro dopadły mnie wyrzuty sumienia, mam myśli na obiedzie skupić?

- Wyrzuty sumienia? Wybacz, panie, ale pierwszy raz słyszę o takiej przypadłości.

Westchnął ciężko i przystąpił do wyjaśnień:

- Gdy zło i dobro toczą w tobie walkę, sumienie to głos naszego Pana, który daje ci w bok kuksańca, mówiąc, żeś w grzech zabrnął, ale masz jeszcze szansę zawrócić znad przepaści.

- Nie krzyw się, panie, ale takiegom głosu nigdy nie słyszał.

- Durny Piętaszku, jakże rzecz tak złożoną i niewymierną mam ci w dwóch zdaniach przedstawić? Spróbuję: sumienie odzywa się na podobieństwo żołądka. Kładzie ci się ciężarem grzechu i dech wstrzymuje, podobnie jak żołądek wypchany ponad miarę od przeżarcia spać ni oddychać nie daje.

- Nigdym nie cierpiał z przejedzenia. A bez jadła pięć dni bez wielkiej straty dla ciała mogę wytrzymać. Skoro więc radzę sobie z żołądkiem, którego obecność czuję na co dzień, to tym bardziej mógłbym się uporać z sumieniem, którego nigdzie u siebie nie wymacałem.

- Jako rzekłem, zjawiska tak subtelnego z natury swoim ubogim umysłem nie obejmiesz.

- Objaśnij, panie, rzecz na przykładzie, łatwiej mi będzie śledzić twą myśl.

- Widzisz ten kamień? – spytał, głowę unosząc i kamień wodą obmywany pokazując.

- Widzę.

- Z samego rana przypomniałem sobie grzech w młodości popełniony i od tej chwili ugniata mi sumienie, jakby ktoś kamień na mnie położył.

- Jakiż to straszny grzech po latach cię dopadł?

- Wyznam ci go, Piętaszku, bo skoro jego ohydę obnażę, łacniej może głos sumienia uciszę.

- Słucham, panie.

- Na miesiąc przed mą ucieczką na morze, brzegiem rzeki szedłem, kiedym ujrzał dziewczę nagie niemal, swoje dziewicze wdzięki nad praną bielizną pochylające.

- Dałeś upust chuci i biedną skrzywdziłeś? Zaiste, ciężki to grzech.

- Nie, durny Piętaszku! Do lupanaru pobiegłem i w domu płatnej miłości podobne tamtej dziewczę wyszukałem.

- Aha. I pewnieś swą ostrogą dźgał ją ponad miarę.

- Bodaj tam! Sama z alkowy nie chciała mnie wypuścić.

- Zatem jaki grzech sobie wyrzucasz? Oszukałeś ją przy zapłacie?

- Nie, wierny Piętaszku, uczciwe starania wynagrodziłem jej w dwójnasób. Rzecz w tym, żem pieniądze ojcu z kufra podebrał. Biedak przez cztery tygodnie sam wizyt w lupanarze musiał sobie odmawiać!