Robinson i alkoholowe wywyższenie
Grzegorz Gortat

Mój poczciwy Robinson, jak przystało na niedzielę, sięgnął po swą grubą, podniszczoną książkę, która ponoć zawiera wszystkie Boże objawienia. Choć, jak onegdaj podpatrzyłem, brak w niej sporo kartek.

- Dzień święty – zaczął – w którym Pan nasz po trudzie stworzenia świata odpoczął, na pamiątkę czego i nam przykazał odpoczywać, człowiek winien uczcić czytaniem jego świętej księgi.

Miałem ochotę rzec, że po sześciu dniach pracy nie dzień, ale tydzień cały winno się odpoczywać. Zmilczałem.

- Otóż – ciągnął i, otworzywszy tom na chybił trafił, wyrecytował, książkę odsuwając na długość ramienia, bo jest, jak się zarzeka, dalekowidzem: - „Rozdziera się serce we mnie, wszystkie moje członki ogarnia drżenie, jestem jak człowiek pijany, jak człowiek przesycony winem...

- „Pijany”? – przerwałem mu grzecznie.

Obrzucił mnie roztargnionym spojrzeniem.

- To stan, gdy duch przeważa nad ciałem.

- Mógłbyś to bliżej objaśnić?

- Ciało jest niczym, w pełni podporządkowane duchowi.

- Mówiłeś, zdaje się, że to definicja śmierci.

- Bo pijaństwo jest jej doczesnym odpowiednikiem. Ciało ciąży jak kamień, dusza ulata w rejony na co dzień niedostępne.

Wzrok miał tak rozmarzony, że lękałem się go z tego stanu wytrącać. Ale na usta cisnęło mi się pytanie:

- O takim stanie dochodzenia do świętości wcześniej jakoś nie wspominałeś...

- Zwyczaj to zbyt pospolity, by nad nim dłużej się zatrzymywać.

- Pospolity? Wzbudziłeś moją ciekawość, panie.

- Praktykuje go naród cały, od gminu po samego króla, biskupów, rzecz jasna, nie wyłączając.

- Nie wiedziałem, że Anglia jest aż tak rozmodlona.

- Nie umniejszając zasług Anglików dla religii, uczciwie zastrzec muszę, że wiele narodów oddaje się z równym nam zapałem tej duchowej posłudze.

- Otwierasz przede mną nowe światy, panie!

- A w każdym narodzie znajdziesz przykłady mężów, którzy życie całe, niemal od kołyski, tę formę oddania Panu praktykują.

- Wcześniej żem nie wiedział – mruknąłem – że i ta droga prowadzi do świętości.

- Podążamy drogą naszego Pana, który wieczerzając z apostołami, jedzenie obficie podlewał winem. Choć dodać muszę, że dla wywyższenia ducha nie lękamy się sięgać po inne trunki.

- Bo wiarę wyrażać można na różne sposoby – podchwyciłem.

Przytaknął, po czym jął wyliczać:

- Wino, tak z winogron robione, jak i z podlejszych owoców, w smaku zresztą wcale niezgorsze. Piwo warzone na różne sposoby, takie, które do głowy uderza od razu, i takie, które najpierw do nóg wędruje, by potem, rozchodząc się po wszystkich członkach, całe ciało objąć we władanie. O wódkach i nalewkach nie wspomnę, bo taka ich obfitość, że najtęższy umysł nie zdoła wszystkich spamiętać.

Z taką pasję przemawiał, że nie śmiałem przerywać. W nadziei, że zaznam choć namiastki uduchowienia, które na moich oczach stało się jego udziałem, wyjąłem świętą księgę z rąk Robinsona i jąłem czytać w miejscu, gdzie była otwarta.

Robinson, przemawiając, pogrążał się w religijnej ekstazie, ja zaś ujrzałem, że fragment, który wcześniej był odczytał, zaczyna się od słów: „Powszechne zepsucie”.