Robinson i uczucie zazdrości
Grzegorz Gortat

Mój poczciwy Robinson martwił mnie od tygodnia mizernym wyglądem. Jadł tłusto i obficie, dokładek nie odmawiał, mimo to marniał w oczach. Spostrzegłem, że sznurek od spodni mocniej zaciska, by portek nie zgubić.

Tęsknota za Anglią, orzekłem. Żal mi się go zrobiło, więc siódmego dnia podszedłem do Robinsona i pytam:

- Coś cię trapi, panie?

- Zazdrość! – wymamrotał.

- Z jakiegóż to powodu?

- Przez ciebie!

- Czegóż możesz mi zazdrościć?

- Podłego stanu, w jakimś się urodził.

Staliśmy, mierząc się wzrokiem. Jasnym mi się zdało, że Robinson padł ofiarą kolejnej tajemniczej choroby, na którą tylko biali, poddani ostrym promieniom słońca, są szczególnie podatni.

Tymczasem Robinson jakby sam siebie słuchał.

- O ile byłbym szczęśliwszy – perorował – gdybym był się urodził dzikusem, który świata poza wyspą nie zna.

- Mówiłeś, że Anglia to też wyspa – wypaliłem nieopatrznie.

- Głupiś! – wybuchnął. – To wyspa, w której cały świat się mieści. Kobiety, pałace, szybkie konie, dworskie plotki, rozpusta, złocone kaftany, publiczne egzekucje. I tłustych kapłonów w bród.

- Jedzenia i tu sobie nie odmawiasz.

- Spójrz na mnie i powiedz, kogo widzisz? – Nie czekając na odpowiedź, mówił dalej: - Nieszczęśnika, z którego zadrwił los. Wcisnął mnie w cudzy kaftan i kazał oddychać cuchnącym powietrzem.

Korciło mnie, by powiedzieć, że jeśli coś na wyspie cuchnie, to właśnie kaftan Robinsona. Ale ten nie pozwolił mi dojść do słowa.

- Ileż mógłbym dokonać – zawodził. – Wszystkie kantory kupieckie stały przede mną otworem. Zresztą, kto wie, czy za radą życzliwych bym nie poszedł i o tytuł doktora Oksfordu się nie pokusił...

- Doktor Oksfordu koźlęcia ze skóry by nie oprawił – wtrąciłem, by sprowadzić go na ziemię.

- A dwór królewski? – rozochocił się. – Któż jak nie człowiek moich talentów i mojej kondycji mógłby u boku króla obrastać w piórka?

- Czy to nie ty mówiłeś, że posadę na dworze równie łatwo znaleźć, jak stracić głowę?

- A od czego rozum? Wystarczy wiedzieć, kogo połaskotać miłym słówkiem, a komu podstawić nogę.

Zapuścił się w ślepą uliczkę, z której tylko ja mogłem go wyprowadzić.

- Rozum, rzekłeś – podjąłem niewinnie. – Osoba tak wielkiego rozumu zdolna jest zobaczyć rzecz we właściwych proporcjach.

- Co masz na myśli? – spytał nieufnie.

- Kim byłbyś w Anglii? W najlepszym razie jednym z dworzan króla. Nie wypominając, jednym z milionów poddanych. A na wyspie Robinsona to Robinson właśnie władzę królewską sprawuje.

- Chcesz rzec...

- Tak, panie. Tutaj jesteś równy królowi Anglii.

- Hm – bąknął prostując plecy. – Zaiste niegłupio mówisz...

Z czołem wzniesionym ku niebu stanął tak blisko mnie, że poczułem odór dawno nie pranego kaftana.

- Piętaszku – odezwał się uroczyście, patrząc gdzieś ponad moją głową – postanowiłem dziś wieczorem wyprawić ucztę. Tuszę, że nie będę zmuszony zlecać tego zadania żadnemu innemu z dworzan.