Robinson i miłość bliźniego
Grzegorz Gortat

Mój poczciwy Robinson tuż po wschodzie słońca przywołał mnie do siebie. Pamiętając jeszcze, jak wieczorną porą dla kaprysu grzbiet obił mi kijem, szedłem z ociąganiem. Znałem Robinsona równie dobrze jak każdy sęk na jego kosturze, spodziewać się mogłem zatem, że i dzisiaj z właściwym mu oddaniem wtłaczać mi będzie do głowy pańskie nauki.

Zdziwiłem się, ujrzawszy Robinsona wykąpanym i w odświeżonym kaftanie. Niechęć Robinsona do wody jest, jak pokrętnie tłumaczy, skutkiem nader długiego przebywania w morskiej kipieli, z której to przygody jeden Robinson z całej załogi statku uszedł z życiem. Wciągając w nozdrza czyste powietrze, jednocześnie zachodziłem w głowę, jaka choroba dopadła Robinsona. Lęk mnie zdjął, że i tym razem poczciwina w obiciu grzbietu Piętaszka będzie upatrywał lekarstwa.

Przygotowany na najgorsze, słyszę:

- Kogo przed sobą widzisz?

Odchrząknąłem i pozbierawszy myśli, odparłem jak najbezpieczniej:

- Robinsona, panie.

Wzdrygnął się, zniecierpliwiony. Opanował wszak gniew i znowu uprzejmie przemówił:

- Piętaszku, wznieś się ponad przynależną ci z urodzenia tępotę i wypowiedz zdanie, które zawiera więcej niźli tylko dwa słowa.

- Widzę Robinsona, szlachetnie urodzonego syna wysp brytyjskich, zapewne spokrewnionego z rodziną królewską, który, nie bacząc na równe władcom pochodzenie, swe siły i talenty oddał służbie niewdzięcznej ludzkości, uszczęśliwiając ją na co dzień i od święta perkalikami, jedwabiem, piwem, zbożem, drewnem, modlitewnikami tudzież wywarami spędzającymi płód – i co tam jeszcze sztuka kupiecka gotowa jest za stosowną opłatą zaoferować. Widzę zarazem drogiego memu sercu pana, który z równym królom angielskim oddaniem wziął we władanie tę mizerną wyspę i mnie, niegodnego sługę, któren miał szczęście...

- Źle, Piętaszku! – przerwał mi krzykiem. – Widzisz chrześcijanina, który ma szczęście nazywać się twoim bliźnim.

- Bliźnim, panie? – zawahałem się, wciąż nie wiedząc, jaka choroba przyplątała się do Robinsona.

- Pan Nasz Jezus Chrystus w drugim człowieku kazał nam widzieć równego nam brata. Więcej nawet, nauczał, że służąc bliźniemu, służymy zarazem Jego Boskiej osobie.

- Chcesz powiedzieć...

- Tak, Piętaszku, uznałem, że najlepiej okażę miłość Panu poprzez ubóstwienie twej mizernej osoby.

- Nie jestem godzien...

Nie dokończyłem. Robinson kazał mi siadać i zażywać słonecznej kąpieli, kończąc przemowę tymi słowami:

- Wypada, bym boskiej istocie to ja usługiwał we wszystkim, począwszy od podania śniadania.

Pełen najgorszych obaw leżałem w piekącym słońcu. Z nastaniem południa Robinson powiódł mnie w cień palm i tam przykazał dalej odpoczywać. Podczas gdy pusty żołądek dopominał się jedzenia, ciężka od owoców palma przypominała o niemiłych konsekwencjach nagłego zetknięcia kokosa z głową.

Robinson spóźniał się ze śniadaniem. W porze obiadu uraczył mnie polewką ze zważonego mleka, na kolację zaś podał niedogotowane pataty w towarzystwie na wpół spalonych bananów. Ledwo zmrok zapadł, wymknąłem się nad brzeg i w nadmorskich zaroślach umościłem sobie kryjówkę. Robinson odnalazł mnie tam rano, kiedym jeszcze smacznie chrapał.

- Tak mi się odwdzięczasz za to, że w twojej skorupie dzikusa próbowałem odnaleźć choć cień boskiego podobieństwa?

- Wybacz, panie, żem nie dość wykrzesał w sobie zapału do bycia twoim bogiem – wołałem, broniąc się przed kijem – ale zbyt świeżo mam w pamięci, jaki los sami ostatecznie zgotowaliście waszemu ukochanemu Panu.