Robinson i pamięć o przeszłości
Grzegorz Gortat

Mój poczciwy Robinson równo ze świtaniem przystąpił do robienia porządków. Zdziwiony tak niezwykłym u Robinsona stanem, jąłem go bacznie obserwować.

Mrucząc coś pod nosem, wynosił z szopy narzędzia. Ledwo się z nimi uporał, nie odpocząwszy nawet, przystąpił do zabierania garnków z kuchni.

Ciekawość we mnie zwyciężyła, więc spytałem:

- Co robisz, panie?

Zamiast odpowiedzieć, ze zdwojoną energią jął ogałacać kuchnię z tej nędznej pozostałości zastawy kuchennej, jaką zdołał z zatopionego statku ocalić.

Podejrzałem, że znosi wszystko do dużej szopy, którą na nadmorskim wzgórzu niedawno wybudował. Wyszedłem mu naprzeciw. Na mój widok jakby oprzytomniał. Przypadł do mnie i z napięciem w oczach spytał:

- Ile po mnie zostanie?

Myślałem nad odpowiedzią, ale nie znając podłoża pytania, nijak nie potrafiłem wśród mnogości możliwych odpowiedzi znaleźć tę właściwą.

- Co masz, panie, na myśli? – dociekałem.

- Kiedy umrę, mój Piętaszku, co po mnie zostanie?

- Jeśli nadal będziesz się zapuszczał aż za cypel, to chyba niewiele, bo rękinów tam zatrzęsienie.

- Nie o rekinach myślę.

- Gdyby zaś na wyspie wylądowali Salamakowie, to też niewiele zostanie do zbierania. Salamakowie zwykli ogryzać wrogów do kosteczek.

Spojrzał na mnie tak, jakbym był niegodzien dzielić z nim mizerną wyspę.

- Durny Piętaszku, ja o sprawach ostatecznych mówię, a ty o kościach.

- Widzi mi się, że Robinson sprowadzony do nagich kości jest najbardziej ostateczną z ostateczności.

- Przeszłość i pamięć, durny Piętaszku, te dwa zjawiska od dawna mnie zaprzątają.

- Tylko po jakie licho ostatnich garnków nas pozbawiasz?

- Buduję muzeum własnej pamięci.

- Muzeum? – powtórzyłem.

- Inaczej miejsce, w którym najcenniejsze wspomnienia przeszłości teraźniejszość z myślą o przyszłości przechowuje.

- Dosyć mętne to, panie.

- Kiedy Robinsona zabraknie, pamięć o nim nie zginie.

- Jakim to sposobem motyka, łopata i trzy koślawe garnki będą przyszłości przypominać o Robinsonie?

- Wstrzymaj się, jeszczem dzieła nie ukończył.

Godziny mijały, a Robinson z rzadką u niego energią przenosił i przeprowadzał cały nasz dobytek do nowo wzniesionej szopy. Dobrze, rzekłem do siebie, niech i tak będzie. Szopa zdała mi się solidna, uznałem więc, że lepiej będzie się w niej mieszkać.

Noc przespałem spokojnie. Zbudził mnie głos Robinsona:

- Wstań, robota jest bliska ukończenia.

Ledwo wstałem z łóżka, Robinson chwycił je i ciągnie do szopy. Ruszyłem za nim, mocno rozeźlony.

- Wejdź, Piętaszku, pora zamykać.

Przekroczyłem próg, nieświadom jeszcze, co mnie czeka. Zaciągnął okratowane drzwi, zamknął je od środka na skobel i z zadowoloną miną każe mi swoje dzieło podziwiać.

- Kozy też przyprowadziłeś?

- Potomność będzie wiedziała, jak żeśmy żyli i co jedli.

- W istocie zadbałeś o każdy szczegół.

- Historia, Piętaszku, nie może się żywić fałszem.

- A czym my się będziemy żywić?

Dwa dni wytrzymaliśmy bez jedzenia i picia. Z szacunku dla historii nie wolno nam było nawet kokosa rozłupać, o przygotowaniu pieczystego z kóz nie wspomnę. Pod koniec drugiego dnia Robinson z obrażoną miną drzwi otworzył i pierwszy wyszedł, nie oglądając się na mnie.

Późno bo późno, ale zrozumiał wreszcie, że żywi sami sobie muzeum budować nie powinni.