Robinson i literatura
Grzegorz Gortat

Mój poczciwy Robinson przy pełni księżyca do cna się przemienił.

- Cóż się dzieje, panie? – odważyłem się spytać, gdy tak zmienionym go zastałem.

- Literatura, mój durny Piętaszku. Literackie powołanie jak raz upomniało się o twojego pana.

Zaiste przykra to przypadłość, bo literacko odmieniony jęczy, włosy z głowy wyrywa, pięściami wymachuje, że ani przystąp.

Zebrałem się wszak na odwagę i odczekawszy czas jakiś, podszedłem bliżej. Nadzieja mi wróciła, bo przy łuskaniu fasoli go zastałem. Ledwo skończył z fasolą, nie dając odpocząć palcom, do obierania cebuli się bierze. Rękawem łzy co rusz ociera.

- Nie ma na to lekarstwa? – podchwyciłem z lękiem, bo za przykładem Robinsona i mnie łzy do oczu napłynęły.

- Jedyne remedium to pozwolić słowom znaleźć ujście.

- Zatem mów, panie. Zamieniam się w słuch.

- Literatura, durny Piętaszku, to słowa spisane na papierze!

Uznałem, że czas najwyższy bliżej poznać naturę choroby. Usłyszawszy pytanie, Robinson uśmiechnął się wyrozumiale.

- Przystępnie ci to wyłożę. Literatura jest niczym lustro, w którym świat, przejrzawszy się, nijak się nie rozpozna.

„Trochę to mętne” – uznałem w duchu, lecz niezrażony pytam: - Poza papierem, atramentem i zapasem zaostrzonych piór, czegóż jeszcze literatowi trzeba?

- Sprytu. Opowieść tak układasz, by każdy w gąszczu znaczeń się zagubił. Głów koronowanych nie tykasz, dopóki na karku się trzymają. Tezę mieszasz z antytezą, bo, zważ dobrze, cnotliwość z zepsuciem ręka w rękę idą przez świat. A i perwersja w rozsądnej dawce wcale nie zawadzi.

- Perwersja? – powtórzyłem nowe dla mnie słowo.

- Nieszczęśliwa miłość – wyjaśnił z westchnieniem, biegnąc wzrokiem ku zagrodzie z kozami.

- Wieleś już, panie, napisał?

Zbył mnie ruchem ręki.

- Rzecz najważniejsza: wiesz, po czym pisarza odróżnić od pismaka? Pismakowi książkę wydają, pisarz zaś owoc swej twórczej pracy ogłasza drukiem. Ogłasza, zapamiętaj sobie!

Rozkręcał się dopiero. Wystąpił z przydługim traktatem o sztuce pisania, koniec przemowy okraszając przesłaniem o potrzebie wszczepienia pierwiastka metafizyki w twardą glebę realizmu.

- Metafizyczny wymiar życia mając na względzie, nie sposób… - przerwał. – Ale cóż ty, Piętaszku, z tego zrozumiesz.

Rozmowa mnie zmorzyła, ale w głowie kłębiło mi się od mądrości Robinsona i nijak nie mogłem zasnąć. Nawiedziło mnie wspomnienie pradziadka i jego nieszczęśliwej miłości L’Olele. By uwolnić się od wspomnień, jąłem przelewać myśli atramentem na papier. Było dużo zasadzek, łez i kłapania zębami, bo podstępni Salamakowie w szesnaste urodziny prababki L’Olele zamienili ją w pieczyste. Pisząc, sam wylałem niejedną łzę i rano wręczałem opowieść Robinsonowi z nadzieją, że i on historią nieszczęsnej prababki się przejmie. Przeczytał krzywiąc się straszliwie, wyzwał mnie od miernot i zapędził do pilnowania kóz.

Trzy dni później wyszperałem moją opowieść na dnie kufra Robinsona. Przepisał ją słowo w słowo i opatrzył własnym nazwiskiem.