Robinson i cywilizacyjna przepaść
Grzegorz Gortat

Mój poczciwy Robinson nie mógł się nadziwić, że od rana milczę i na żadne pytania nie odpowiadam. Przerwałem milczenie dopiero po zachodzie słońca.

- Głód cię przygnał? – syknął, kiedy dosiadłem się do ogniska i wreszcie się odezwałem.

Odkroiłem płat koziny i żując, rzekłem:

- Musisz wiedzieć, że przyrzekłem sobie ślubem milczenia uczcić każdą rocznicę śmierci mego nieszczęsnego ojca.

- Na co mu się zmarło?

- Rzec można, że z gorąca. Skończył w kotle Salamaków.

- Okrutna śmierć! Musiał się wycierpieć.

- Przed włożeniem do kotła napoili go wywarem z górskich maków, by nic nie czuł. Na szczęście godnie się z nim obeszli. Po ugotowaniu poćwiartowali i co lepsze kawałki zjedli.

- Zjedli? – wybałuszył oczy.

- Nade wszystko serce. Tatuś cieszył się sławą wielkiego wojownika. A że znany był też z męskiego wigoru, o przyrodzenie Salamakowie ciągnęli losy.

- Biedny Piętaszku! Jakże okrutnie los się z tobą obszedł.

- Odpłaciłem im pięknym za nadobne! Syna wodza Salamaków schwytałem, ugotowałem i podzieliłem. Żaden był jeszcze z niego wojownik, więc chętnych do jedzenia za wielu nie było.

- Dzikie obyczaje! – Sam odkroił mi płat mięsa i podsunął. – Jeśli dane nam będzie zaznać szczęścia ujrzenia mego rodzinnego kraju, poznasz świat, gdzie człowiek z człowiekiem po ludzku się obchodzi.

- Nikt nikomu życia nie odbiera?

- No, i to się zdarza... Ale morderca po schwytaniu przed sądem staje i ponosi zasłużoną karę.

- Jaki los go czeka?

- Szubienica. Chyba że podniósł rękę na władzę królewską. Albo wiarę papistowską szerzył.

- Co wtedy?

- Za zdradę stanu jedna jest kara: wleczenie, wieszanie i ćwiartowanie.

- Wybacz, panie, ale gdy trzy obrazy na siebie się nakładają, mgła oczy mi zasnuwa.

- Wyłuszczę ci po kolei. Skazaniec wleczony jest po ziemi z więzienia aż na miejsce straceń. Piękny to widok dla tłumów zgromadzonych na drodze. Choć z entuzjazmem należy uważać, bo przy niewprawnym kacie więzień umiera, zanim zarzucą mu pętlę na szyję. Takie niechlujstwo, szczęśliwie, rzadko się zdarza. Następnie kat funduje mu szubienicę, ale baczy, by łotra tylko solidnie poddusić i spuścić na deski, zanim kark sobie skręci. Musi żyć jeszcze, kiedy będą przecinać mu kałdun i na jego oczach bebechy wyciągać. Na samym końcu obcinają mu głowę i wreszcie ćwiartują.

- Dość, panie! – jęknąłem, czując, jak niestrawiona kozina podchodzi mi do gardła.

- To nie wszystko jeszcze. Papistowskim wichrzycielom ucina się przyrodzenie, by bardziej odczuli ogrom swej winy.

- Nie wierzę, panie...

- Sam widziałem. W całej Anglii nie masz ulubieńszej rozrywki nad widok kary sumiennie i bez pośpiechu wymierzanej. Miałem dziesięć lat, kiedym pierwszy raz dostąpił tej przyjemności. Mój szacowny ojciec zawiózł nas całą rodziną do londyńskiego Tyburn. Godne, historyczne miejsce, wieszają tam i ćwiartują już od bodaj trzech wieków. Choć tamten akurat dzień nienajlepiej wspominam. Sądzili Johna Jamesa, jednego z buntowników, którym zachciało się zaprowadzić szczęście wieczne na ziemi ponad głową naszego ukochanego króla. Kat okazał się tak niezręczny, że James już na szubienicy wyzionął ducha i reszta spektaklu nędznika ominęła.

Mówił jeszcze długo, ja zaś przeczesując wzrokiem nocny horyzont, pocieszenia szukałem w myśli, że łodzie Salamaków częściej jednak przybijają do wyspy niż angielskie statki.