Robinson i wolność wyboru
Grzegorz Gortat

Mój poczciwy Robinson musiał wstać pierwszy, bo kiedym się przebudził, czekał już na mnie, by zapytać:

- Jakże ci się spało?

Od razu jasnym mi się wydało, że za pytaniem kryje się więcej niż troska o gnaty Piętaszka. Odparłem, skrywając podejrzliwość:

- Nienajgorzej.

- Wiatr w nocy ostro zawiewa?

- Zawiewa – przyznałem. Nie uszło mej uwagi, że Robison oczy ma podpuchnięte, jakby w nocy ani chwili nie przespał.

- Przynoszę ci dobrą nowinę – oznajmia. – Nastał kres twojej udręki.

Różne myśli jęły przebiegać mi przez głowę, a wśród tychże, nie ukrywam, była i nadzieja, że moja słodka Minooto jakimś cudem zawitała na wyspę i od dzisiaj już w zgodnym duecie będziemy zgłębiać tajemnice ciała.

- Taaak? – stęknąłem zdawkowo, wygrzebując się niemrawo z dołka, w którym okopałem się na noc.

- Chodź ze mną – przynaglił, i nie oglądając się, ruszył pierwszy w górę urwiskiem.

Podążyłem za nim niechętnie, bo droga pięła się stromo, a kamienie raniły mi stopy. Zziajany, dołączyłem wreszcie do Robinsona na szczycie urwiska. Morze rozciągało się w dole szerokim łukiem, odległy horyzont skrzył się w słońcu szmaragdem wody.

- Piętaszku – odezwał się – tu stanie nasz nowy dom!

Zaśmiałem się w duchu. Głośno powiedziałem:

- Jeśli tam, w dole, chata wiatrowi się nie oparła, to w górze pierwszy podmuch zwieje nas prosto do morza.

- Postawimy dom z kamienia!

- Skąd weźmiesz budulec? – bąknąłem, rozglądając się po urwisku nagim jak ogryziona czaszka.

- Kamieni jest pod dostatkiem, i to niemal na wyciągnięcie ręki – oznajmia i pokazuje skalistą drogę, którą właśnie przebyliśmy.

- Nie gniewaj się, panie – podjąłem oględnie – ale nie wyglądasz mi na siłacza.

- Dlatego podzielimy się pracą. Ja przygotuję plany budowy i wytyczę teren, tobie przypadnie tylko zgromadzenie budulca.

- Pięknie dziękuję, ale pomysł nie przypadł mi do smaku.

- Nie chcesz przyłożyć ręki do wspólnego dzieła?

- Nie, jeśli wspólne dzieło sam mam zbudować.

- Zapominasz, że każdy kij ma dwa końce.

- Nie żałuj sobie! Wolę posmakować kija od dwóch stron, niż złamać grzbiet dźwigając kamienie.

- Głupiś, Piętaszku. Posłużyłem się ludową mądrością, którą zna każde dziecko w mej ojczystej Anglii. A jej sens jest taki, że tak jak każdy kij ma dwa końce, tak każda sytuacja ma dwie krańcowo różne strony.

- Proszę jaśniej, panie.

- Albo się nagniesz i będziesz zbierał kamienie...

- Albo?

- ...albo będziesz spał pod gołym niebem, jednako narażony na deszcz, wiatr i ptasie gówno.

- Ile końców widzisz, panie? – dobyłem zza paska solidną procę, z którą nawet w nocy się nie rozstaję.

Wydukał coś niewyraźnie. Ja zaś, puszczając się raźno w dół stoku, rzuciłem mu na odchodnym:

- Coś mi się widzi, panie, że z dwóch końców kija wybiorę ten trzeci. – Jeszcze tego samego dnia na miejsce zniszczonej przez wiatr chaty zacząłem stawiać niedużą lepiankę, lokum w sam raz dla jednego Piętaszka.