Robinson i szczęście wieczne
Grzegorz Gortat

Mój poczciwy Robinson już od wschodu słońca dziwnie na mnie popatrywał. Szczęśliwie w porze obiadu zaszył się w chacie. Długo nie wychodził i miałem już nadzieję, że nażłopał się palmowego wina i twardo zasnął, a po przebudzeniu zapomni o wszelkich fanaberiach. Wynurzył się wszakże. Przywdział na nagie ciało to samo białe prześcieradło, w którym przed miesiącem, dotknięty niestrawnością i nostalgią za ojczystym Yorkiem, położył się do łóżka i uparł się umierać.

- Nastał twój szczęśliwy dzień – zapowiedział uroczyście.

Oho, pomyślałem, znowu uraczył się podejrzanymi liśćmi z dna parowu i mnie będzie próbował w nałóg wciągnąć.

- Dziękuję, panie – spróbowałem się wymówić – od żucia twoich tytoniowych specjałów dostaję skurczów żołądka.

- Głupiś, Piętaszku. Dziś przybliżę ci szczęście, które kiedyś, szczerze wierzę, stanie się i twoim udziałem.

Każe mi spuszczać czółno na wodę. Mina mi zrzedła, bo o tej porze rekiny, nauczone wypatrywać poobiednich odpadków, podpływają pod brzeg. Robinson niczyich rad słuchać nieskory, wiosłuję więc wytrwale, kierując czółno w głąb morza. Wreszcie sam każe mi zaprzestać. Złożyłem wiosła.

- Piętaszku – odzywa się – przywołaj przed oczy wyobrażenie szczęścia, z którym nic na tym świecie niezdolne jest się równać.

Przyznaję, jak żywa stanęła mi przed oczami smukła Minooto, z której piersiami i resztą przyległości zacząłem nawiązywać bliższą znajomość tuż przed feralnymi wydarzeniami, jakie ostatecznie przywiodły mnie na wyspę Robinsona. Nie chciałem zdradzać ukrytych myśli, podszedłem go więc od kuchni:

- Marzy mi się młody warchlak nadziewany orzechami, nacierany miodem i majerankiem, opiekany w koszulce z palmowych liści na brytfannie, żeby tłuszcz się nie marnował.

Widzę, że i jemu ślinka pociekła. Opanował się wszak i mówi:

- Skoro tak, wystaw sobie, że dostąpić możesz szczęścia wielekroć bardziej pożądanego, przy którym twój warchlak jest ledwie przekąską.

- Mów dalej, panie!

- Twoim powołaniem jest szczęście wieczne.

- Wieczne? – powtórzyłem podejrzliwie.

- Trwa nieprzerwanie i nigdy się nie skończy.

- Coś jak dzień bez zachodu słońca?

- Poniekąd.

- Toć to nudne, panie.

- Zaręczam ci, że po tamtej stronie rachuba ludzka nic nie znaczy.

- O jakiej stronie mówisz, panie? – Głos mi się łamał, bo wiatr przybrał na sile i czółno skakać jęło na falach pośród rekinich grzbietów.

- Szczęście wieczne, Piętaszku, dostępne jest po śmierci.

- Pięknie dziękuję! Moja głowa i cała reszta mają się całkiem dobrze po tej stronie.

- Durny Piętaszku! Ze szczęściem w zaświatach nic nie może się mierzyć.

- Nawet twój York?

- York? Szczęścia wiecznego za całą Anglię bym nie wymienił!

- Skoro tak twierdzisz, panie...

- Więcej ci rzeknę: gdyby ludzką miarą szczęście wieczne mierzyć, to żyjąc w zaświatach jakbym Anglię, Francję a nawet papistowską Hiszpanię miał na własność!

- Z twoim ukochanym Yorkiem?

- York miałbym jak na wyciągnięcie ręki!

Żal mi się było z Robinsonem rozstawać, uznałem jednak, że jego dobro nade wszystko winienem mieć na względzie.

- Wracaj zatem do Yorku, panie – rzekłem i zamachnąłem się wiosłem.

Odchylił się przytomnie, doskoczył i w gębę tak mnie zdzielił, że padłem bez tchu na pokład. Sam chwycił się wioseł i w kilka minut dobiliśmy do brzegu. Trwożnie oglądając się na mnie przez ramię, dopadł chaty i od środka się zaryglował.