Grzegorz Gortat            

Grzegorz Gortat
Robinson i kolaboracja z wrogiem

Mój poczciwy Robinson z pierwszym brzaskiem dnia wyruszył w głąb wyspy, skuszony obietnicą łatwych łowów. Nie wiedzieć czemu ubzdurał sobie, że w gęstym lesie, który dotąd omijaliśmy szerokim łukiem, tłustsze rodzą się kozy i cięższe kapłony, tylko czekające, by je pochwycić i upiec nad ogniem.

– Bacz, by z myśliwego samemu nie stać się zwierzyną – mruknąłem bez nadziei, że zmieni decyzję.

– Piętaszku – przemówił z lekceważeniem – kto tchórzem się urodził, tchórzem umiera.

Chcąc nie chcąc podążyłem za nim. Drzew przybywało, za to nieba nad głową ubywało z każdym krokiem i nim na dobre zdążyłem się przestraszyć, tkwiłem w leśnej gęstwinie jak małpa w klatce u Salamaków.

– Panie – odezwałem się – w takiej dziczy jaszczury lubią urządzać sobie legowisko.

Jakbym wypowiedział te słowa w złą godzinę. W gęstwinie po mojej lewej stronie zaszumiało, krzaki rozchyliły się i dorodny samiec wynurzył się niespiesznie. Stał wlepiając w nas ślepia, równie zdziwiony naszym zjawieniem się, jak ja wylękniony byłem widokiem jego żółtych zębów, które, ziewając, nam pokazał.

Rzuciłem się do najbliższego drzewa, ale Robinson okazał się szybszy. Odepchnął mnie i w chwilę potem widziałem już tylko jego pięty, kiedy z wprawą młodzieniaszka wdrapywał się na wysoką gałąź.

Usłyszałem tupot i odwróciłem się, by spojrzeć śmierci w oczy. Nogi ciążyły mi jak kamienie. Gad stanął trzy kroki od mnie, najwyraźniej zdziwiony, że nie uciekam. Dojrzałem dla siebie nadzieję. Jeżeli nie drgnę, uznałem, bestia weźmie mnie za kamienny głaz i odejdzie.

Pożegnałem się szybko z nadzieją, bo Robinson, zerwawszy z drzewa dorodny owoc, cisnął nim z całej siły. Nie w gada celował, ale we mnie! Zwaliłem się na ziemię, w ostatniej chwili wyszarpując nóż zza pasa. Bestia opadła na mnie całym ciężarem i odór zgnilizny owionął mi twarz, kiedy rozwartą paszczą zamierzył się na mnie, moją szyję obierając sobie za cel. Z gęby śmierdziało mu tak przemożnie, że ratując się przed uduszeniem, uzbrojoną ręką dźgnąłem niemal na oślep. Ostrze zapadło się między kły, zanurzając się aż po trzonek w brunatną gardziel. Zwierz chrapnął raz i drugi, zadygotał i zwalił się bez życia na mnie.

Resztkami sił wygrzebałem się spod potwora. Oddychałem ciężko, niezdolny ruszyć ręką ani nogą. Raptem ziemia się zatrzęsła. Kątem oka wypatrzyłem, jak Robinson podnosi się spod drzewa i masując obolały krzyż, na palcach podkrada się do nieruchomego cielska. Stał, długo się przyglądając, wreszcie przeraźliwie zawył, podniósł kamień i cisnął nim w martwego gada.

- Wstań, tchórzliwy Piętaszku – wysapał. – Nic ci już nie grozi.

Usiadłem, bo sił na więcej mi nie stało.

- „Tchórzliwy”? Któż jak nie ty na drzewo uciekł?

- By lepiej się rozeznać w sytuacji. Z góry więcej widać. Szykowałem się do heroicznego skoku na bestię.

- Heroicznie ściskałeś gałąź, żeby nie spaść!

- Tchórzostwo, Piętaszku, mógłbym ci wybaczyć. Ale nie kolaborację!

Zakrztusiłem się. Czerwony na twarzy, kasłałem, walcząc o oddech, a Robinson, z każdą chwilą pewniejszy siebie, niemal wykrzykiwał:

- Wszystkom widział! Jak nachylał się nad tobą, jak szeptaliście sobie do ucha!

Pomyślałem, że ze strachu rozum mu odebrało. Dusząc w sobie gniew, przemówiłem cierpliwie:

- Broniłem, panie, swojego i twojego życia.

- Układając się z wrogiem?

- Układając się? Któż jak nie ja gadzinie ostrze w gardziel wepchnął?

Nachylił się nade mną i groza mnie wzięła, bo spojrzenie miał przytomne, kiedy przemówił:

- Boś i jego przechytrzył! Widać zdrada od urodzenia jest wpisana w twoją naturę.


czyli o daremnym trudzie pisania wierszy w świecie zdominowanym przez ucieszne obrazki.

czyli Piętaszek poznaje owoce demokracji.

czyli o przykrej przypadłości, która wykoślawia wnętrze oraz zmienia fizys.

Piętaszek poznaje na własnej skórze, że choć wiara przenosi góry, to garnka nie napełni.

czyli o dzikich obyczajach ludożerców i pięknej tradycji ćwiartowania skazańców w elżbietańskiej Anglii.

czyli Piętaszek unaocznia Robinsonowi, że nie każdy kij ma tylko dwa końce.

czyli o zbawczej kuracji kamieniem w przypadku nieszczęśników trapionych zmorami sennymi.

czyli jak obecność rekinów przyspiesza proces religijnego dojrzewania.

czyli tchórzostwo niejedno ma imię.

Na przykładzie króla Henryka VIII Piętaszek odkrywa, że troska o los państwa nie zawsze przynosi pożądane owoce.

czyli Piętaszek nad podziw szybko pojmuje różnicę między światem zjawisk namacalnych i nienamacalnych.

czyli Robinson wyjaśnia Piętaszkowi, dlaczego natura wyposażyła człowieka w dziesięć palców.

czyli Piętaszek dowiaduje się ze zgrozą, jakie przymioty zdaniem Robinsona kobieta ceni w mężczyźnie najbardziej.

czyli o przewadze polewki z koziego mleka nad klasyczną greką.

czyli nawet kandydaci do Raju winni często korzystać z dobrodziejstwa kąpieli.

czyli do czego prowadzi miłość uwolniona od cugli rozumu.

czyli o najrzadszej bodaj z ludzkich przypadłości.

czyli o trudach życia z artystą.

czyli o wątpliwej – choć powszechnie praktykowanej – drodze ku świętości.

czyli profetyczne zapędy bohatera.

czyli każda choroba wymaga stosownego lekarstwa.

czyli zachłanność nigdy nie popłaca.

czyli łowca mamony rzadko bywa poetą.

czyli oświecony umysł w walce z zabobonami.

czyli o wątpliwej równowadze między duszą a ciałem.

czyli o pokusie spełniania życzeń.

czyli o miłosiernym obijaniu kijem.

czyli garść przydatnych każdemu przestróg.

Copyright © 2009 Elżbieta Gortat
Contents copyright © 2009 Grzegorz Gortat