Grzegorz Gortat            

Grzegorz Gortat
Piwna ścieżka ewolucji

Pan Mareczek, pięćdziesięciolatek słusznej postury, prowadzi higieniczny tryb życia. Do południa konsumuje alkohol z umiarem, nie więcej niż trzy piwa, z rzadka decyduje się na butelkę owocowego rarytasu. Musi zachować świeżość, bo w porze obiadu maszeruje na darmowy posiłek do sióstr szarytek na Tamce. Drugą porcję bierze na wynos, więc przez resztę dnia ma czym zakąszać.

Przed panem Mareczkiem życie stawia codziennie tylko jedno zadanie: musi znaleźć sobie sponsora.

Nie rejteruję na jego widok. Moja mina mówi za siebie: to, że noszę krawat i garnitur wcale nie znaczy, że trafiłeś na wymoczka. Żeby nie było nieporozumień: uprawiałem dżudo.

Co prawda tylko przez rok. W czasie studiów, na zajęciach wychowania fizycznego, dwa razy w tygodniu po półtorej godziny. Nauczyłem się padów.

Jeśli miałbym wybierać, to wolę upaść na coś miękkiego.

Pan Mareczek ma znikome pojęcie o psychologii. Podchodzi i bez wstępnych negocjacji wyłuszcza sprawę:

- Panie kierowniku, pan pożyczy parę złotych.

Swoją drogą ciekawe, że upodobali sobie „kierownikowanie”. Rzadko decydują się na „magistra”, „doktora” czy „docenta”. Tytuły naukowe tracą na znaczeniu.

- Nie mam – rzucam hardo.

- Gościa przy forsie nosem wyczuję na odległość – cedzi Mareczek i napiera na mnie. Nagle wydaje mi się wyższy i potężniejszy, jakby przybyło mu z dziesięć kilogramów mięśni.

W kilka sekund zaliczam przyspieszony kurs zen. Prawdziwy mistrz raczej ustąpi, niż zrobi napastnikowi krzywdę. Wysupłuję pięciozłotową monetę. Mareczek znika w sklepie monopolowym, ja wsiadam do autobusu, zajmuję pierwsze wolne siedzenie przy oknie i zaczynam lekturę gazety.

Na stronie 15 w oczy bije wielki tytuł: „Ile zostało w nas z bestii?” Czytam, że pokryte od wewnątrz receptorami zapachów zatoki przynosowe oraz mięśnie podnoszące włosy na ciele w celu nastraszenia innych osobników to pozostałości po naszych małpich przodkach, które zwiększały ich szanse na przetrwanie, lecz nam są zupełnie niepotrzebne. Hm, konkluduję w myślach, pana Mareczka natura najwyraźniej pchnęła na starą ścieżkę ewolucji.


P.S. Konkubina pana Mareczka dowodzi, że ostatni krach na rynkach finansowych mocno uderzył oboje po kieszeni. Rok temu, wylicza, za sześć złotych mogli kupić dwie butelki alpagi, dzisiaj muszą dołożyć do interesu półtora złocisza. W związku z obniżeniem się stopy życiowej domagają się podwyżki – ode mnie.

Copyright © 2009 Elżbieta Gortat
Contents copyright © 2009 Grzegorz Gortat