Grzegorz Gortat            

Grzegorz Gortat
Kilka luźnych uwag na temat końca świata

Przeczytałem, że zbliża się koniec świata. Ostrzeżenie wypisano dużymi literami na ulicznym słupie ogłoszeniowym, w samym centrum stolicy. Pod anonsem nikt się nie podpisał, ale, wiadomo, licho nie śpi. Zatrzymałem się. Ludzie przechodzili obok, nie zwalniając kroku. Nawet koniec świata wszystkim spowszedniał.

Przejąłem się wiadomością, nie powiem. Koniec świata oznaczał kilka ważnych zmian w moim życiu. Po pierwsze, oszczędności diabli wezmą. Albo ktoś inny. O potencjale twórczym nie wspomnę. Po co zresztą pisać (zakładając, że ktoś by to jeszcze zdążył wydrukować), jeśli plakatem anonsującym zagładę planety nawet pies z kulawą nogą się nie interesuje. Po drugie, zmuszony będę wreszcie przeczytać tych kilka książek, których lekturę od lat spychałem na później. Jakoś głupio odchodzić w kompletnej ignorancji.

Nad globalnymi konsekwencjami końca Ziemi wolałem się nie rozwodzić. Kto mnie poznał, ten zna wrażliwą stronę mojej natury. Kiedy tak stałem przed apokaliptycznym afiszem, pogrążony w ponurych myślach na temat raptownie kurczącej się przyszłości, dla poprawy nastroju postanowiłem przeprowadzić rachunek zysków i strat. Bankructwo tak dużego przedsiębiorstwa jak świat, kalkulowałem, nie obejdzie się bez zgrzytów; z drugiej jednak strony radykalnie rozwiąże kilka drażliwych kwestii, choćby problem globalnego ocieplenia i grożącego ludzkości deficytu wody pitnej. Tym tropem poszedłem dalej: owszem, koniec świata z pewnością przyniesie drastyczny niedobór żywności i zasobów naturalnych, jednak ten mocno zredukowany potencjał przypadnie do podziału zaledwie garstce ocaleńców. Dla nich powinno wystarczyć. Patrząc zaś na zagadnienie politycznie: choć zapowiedziany koniec świata zapewne wprowadzi niemałe przetasowanie w układzie akwenów wodnych i masywów górskich, to z tego samego powodu istnieje spora szansa, że uboga Afryka i bogata Europa nareszcie się zintegrują. Znowu wychodzi na plus.

Tak próbując się pocieszać, zanurzałem się coraz bardziej w oparach absurdu. Odchodziłem już od słupa ogłoszeniowego, kiedy wzrok mój padł na plakat Muzeum Sztuki Hipermodernistycznej. Muzeum z dumą informowało, że w ramach „Wielkiej Introspektywnej Wiwisekcji Fruktowo- Futurystycznej” w latach 2012-2015 organizuje happeningowe pokazy „Obnażyć owoce ziemi”. Po otwierającym ekspozycję projekcie „Obieranie ziemniaków”, lata kolejne z udziałem międzynarodowej awangardy artystów przebiegać będą pod znakiem obierania jabłek, gruszek, bananów, cebuli – aż po wieńczące cykl łuskanie grochu.

„Ha! – ucieszyłem się. – Artystycznej awangardziście jednak przyjdzie obejść się smakiem”. Czasem zapowiedź końca świata jest dobrą wiadomością.


P.S. Od pewnych wysoko postawionych osób dochodzą głosy, że koniec świata i tym razem zostanie odwołany. Podobno wystarczającym kataklizmem będzie próba zbudowania w Polsce kolejnych dwunastu kilometrów autostrad.

Copyright © 2009 Elżbieta Gortat
Contents copyright © 2009 Grzegorz Gortat