Sprawa Alejandry Zapaty
Stolica fikcyjnego kraju w Ameryce Łacińskiej pogrąża się w politycznym chaosie. Cztery miesiące przed emeryturą policyjny śledczy Simon Matelo zostaje wyznaczony do zbadania śmierci młodej pracownicy amerykańskiej ambasady. Morderca siedzi już w areszcie, dowody wydają się niepodważalne, a śledztwo powinno zakończyć się w ciągu kilku dni.
Im głębiej jednak Matelo wnika w sprawę, tym więcej odkrywa kłamstw i przemilczeń oraz ludzi gotowych zabić, by chronić własne tajemnice. Trop prowadzi przez korytarze ambasady, gabinety polityków i policyjne archiwa, ale także w przeszłość samego śledczego.
Bo Simon Matelo od dawna nie szuka już tylko prawdy o cudzej śmierci. Przez całe życie próbował zrozumieć własne winy.
„Sprawa Alejandry Zapaty” to powieść o winie, pamięci, utracie i cenie, jaką człowiek płaci za prawdę.
Fragment powieści
Zanim odważyła się opuścić pokój, wychyliła głowę za próg i obiegła spojrzeniem sekretariat wraz z korytarzem prowadzącym do poczekalni. Ni żywej duszy. Dopiero wtedy zamknęła za sobą obite skórą drzwi gabinetu. Poprawiła przełożoną przez ramię torebkę, szybkim krokiem przemierzyła sekretariat i znalazła się na korytarzu. Minęła bliźniacze drzwi damskiej i męskiej toalety, dla niepoznaki opatrzone numerami 41 i 42. Widziała już pustą poczekalnię i przylegający do niej hol z dwiema windami. Zostało jej do pokonania ostatnie piętnaście metrów.
Ten odcinek trasy był najtrudniejszy, bo trzeba było minąć pokój z numerem 43. Musi opanować strach, powtarzała sobie. Nie wolno jej biec. Dobrze, że nie założyła szpilek, buty na niskich kauczukowych obcasach nie robią hałasu. Oglądając się przez lewe ramię, dotarła wreszcie do wind. Wcisnęła przycisk. Ścienny zegar w poczekalni pokazywał lokalny czas: dwie minuty po dziewiętnastej. O tej porze na czwartym piętrze nie musiała się obawiać spojrzeń ciekawskich, jednak w razie kłopotów była zdana wyłącznie na siebie.
Lewa winda otworzyła się bezgłośnie. Wsiadła, uruchomiła przycisk „0” i winda ruszyła. Dopiero teraz odetchnęła z ulgą. A jednocześnie zaczęła się w duchu karcić: ma trzydzieści dwa lata, a zachowuje się niczym wystrachana nastolatka. Bo któż jeśli właśnie nie ona ma prawo czuć się w tym miejscu bezpiecznie? Zwłaszcza odkąd przechowuje tajemnicę, która wkrótce ujrzy światło dzienne i uczyni ją nietykalną. Zresztą czyż wszechobecne kamery nie są gwarancją, że nic złego nie może jej spotkać?
Winda zatrzymała się na parterze. Zanim wysiadła, poprawiła przed lustrem włosy i odruchowo wygładziła biurową ciemnoszarą spódnicę. Winda cicho zamknęła się za nią. Strażnik w oszklonym boksie już ją dostrzegł i guzikiem otworzył pierwsze wewnętrzne drzwi. Podziękowała mu ruchem ręki, po czym zrobiła dwa kroki do wyjścia.
W tym momencie usłyszała powiadomienie o przychodzącym SMS-ie. Zatrzymała się, wyjęła komórkę z torebki i przeczytała: „Alejita, wróć jeszcze na górę, zapomniałem o czymś. Proszę!”. Lęk ścisnął jej gardło. Starała się go okiełznać, tłumacząc sobie, że strach jest zgoła irracjonalny, skoro SMS został wysłany z jego prywatnej komórki. Po drugie, tylko on jeden tak ją nazywa.
Znaczącym gestem pokazała strażnikowi komórkę, schowała aparat do torebki i wróciła do windy.
Kiedy wysiadła na czwartym piętrze, już z daleka zobaczyła, że obite skórą drzwi gabinetu są uchylone. Poczuła ulgę – i zarazem zalała ją fala wdzięczności. Zostawiając drzwi otwarte, dawał jej do zrozumienia, że zna jej obawy i czuwa nad bezpieczeństwem.
A jednak gdy mijała drzwi z numerem 43, instynktownie przyspieszyła. Natychmiast sama się za to zganiła. Przed strachem nie ucieknie, tym bardziej więc musi się nauczyć nad nim panować. Jak choćby nie oglądając się w takich chwilach za siebie. Pamiętaj, Alejita, małe sukcesy, drobne wygrane potyczki, prowadzą do ostatecznego zwycięstwa – czyż nie to zawsze jej powtarzał? I pod tym względem powinna mu bezgranicznie ufać. Zwłaszcza teraz, kiedy nosi w sobie sekret, który jeszcze bardziej ich do siebie zbliży. Uśmiechnęła się do swoich myśli.
Cisza była taka, że słyszała tykanie zegara w poczekalni i szum pracującej klimatyzacji. Nie zaskrzypiały drzwi, nie było słychać skradających się kroków, gdy raptem ktoś chwycił ją od tyłu i rękę zgiętą w łokciu zacisnął na szyi. Próbowała się wyrwać, ale ucisk na gardle tylko się wzmógł. Zaczynało jej brakować powietrza. Poczuła ukłucie po prawej stronie szyi i nogi się pod nią ugięły. Nie, błagam, to się nie może tak skończyć! Nie teraz, nie w taki sposób! Musi walczyć! Potrzebny jej jest choć drobny sukces, który ostatecznie przywiedzie ją do zwycięstwa. Jedna wygrana potyczka, jak choćby to, by za wszelką cenę utrzymać opadające powieki.
Robiły się coraz cięższe. Obraz przed oczami zasnuwała gęstniejąca mgła. Nie mogę się poddać!
Osunęła się w ciemność.
***
Mężczyznom się wydaje, że nad nami górują, ale to my, kobiety, mamy nad nimi władzę – babka przez lata wbijała jej do głowy. Rodzice byli w ciągłych rozjazdach, więc tak naprawdę to babka Maricruz zajmowała się wychowywaniem Alejandry i jej młodszej siostry. Zapamiętaj, Alejandra, choćby spadały na nas wszystkie nieszczęścia świata, kobiety za każdym razem się podnoszą i idą dalej. Nie możemy dać po sobie poznać najmniejszej słabości. Kiedy już będzie naprawdę źle, wyobraź sobie, że tańczysz i masz za partnera mężczyznę, na którym ci zależy. Ale to ty prowadzisz go w tańcu. Decydujesz o każdym ruchu. A mężczyzna ci się poddaje.
Leżała na podłodze. Usta miała zaklejone taśmą. Nie mogła się poruszyć, bo ciężar mężczyzny ją przygniatał. Jego zielone, zawsze zimno patrzące oczy, teraz płonęły gorączką. Zadawał jej ból. Ktoś inny trzymał jej głowę w żelaznym uścisku. Skręci jej kark, gdyby próbowała się szarpać. Żeby przetrwać, nie może stawiać oporu. Gra toczy się o więcej niż jedno życie. Potem się podniesie i pójdzie dalej. Posłuszna instynktowi i nakazom natury równie starym jak Ziemia. Wsłuchana w dźwięki muzyki zapraszające do tańca. Nie będzie sama, bo wkrótce wyjdzie jej naprzeciw mężczyzna, z którym zamierza dzielić życie.
Tylko co to? Muzykę coś zagłuszało! Nierównomierny stukot, dźwięk przyprawiający o niepokój, bo raz spowalniał, to znów przyspieszał, jakby czyjaś niewprawna ręka uderzała w bęben bez wprawy i nie trzymając rytmu. Bicie serca. Musi skupić na nim wszystkie myśli, musi znaleźć sposób, by nierówną pracę serca ustabilizować i wzmocnić.
Więc Alejandra stara się sobie wyobrazić grubo plecioną, mocną linę, zdolną udźwignąć każdy ciężar. Jeśli się jej uchwyci i nie wypuści z rąk, będzie ocalona.
Byle tylko lina nie zaczęła się rwać i strzępić.
Tak jak teraz...
3 lipca
Matelo przeciął opustoszały plac Hiszpański, Aleją Południową doszedł do Alei Pułkowników, skręcił w prawo i zatrzymał się na skrzyżowaniu. Czekał na zmianę świateł. Dochodziła dziewiąta, upał już dawał się we znaki. Ściany budynków były oblepione plakatami Ramosa, na chodnikach poniewierały się pozrywane afisze z podobizną Hernandeza. Zapaliło się zielone, ale nie ruszył się – musiał przepuścić kolumnę wojskowych ciężarówek. Kiedy go minęły, kierowca ostatniej zwolnił, a jeden z żołnierzy w polowych mundurach dźwignął się z ławki i skierował pistolet maszynowy lufą w jego stronę. Ledwo zniknęły za zakrętem, Matelo rozejrzał się i na czerwonym przeszedł na drugą stronę alei, zapuścił się w boczną uliczkę i wszedł do niemal pustego baru.
Posadas uwijał się za kontuarem, jakby nie mógł się opędzić od gości. Na wielkim ekranie telewizora leciała powtórka wczorajszego przemówienia Ramosa.
– Śniadanie, poruczniku? Późno dzisiaj.
– To co zwykle.
Zabrał z kontuaru poranne wydanie gazety, usiadł przy narożnym stoliku, plecami do wejścia, twarzą do wielkiego lustra, w którym widział wnętrze lokalu. Koszula lepiła mu się do pleców. Marynarkę zdjął i powiesił na wolnym krześle. Zanim usiadł, zdążył zobaczyć swoje odbicie w lustrze: szczupła, pochylona sylwetka, mapa zmarszczek na gębie, siwe, dawno nie strzyżone, zachodzące na kołnierzyk koszuli włosy. Uśmiechnął się na wspomnienie miny Gamboi, kiedy mu odpyskował, że do przejścia na emeryturę nie zamierza się strzyc.
Czekając na jedzenie, przeglądał gazetę. Wybory, prezydent Ramos owacyjnie przyjęty na wiecu robotników, wielki marsz w stolicy na cześć głowy państwa, prezydent USA zapewnia, że oba kraje łączy niezłomny sojusz. Przeszedł do wiadomości sportowych na dwóch ostatnich stronach. Piłkarze Avante po kolejnej wygranej powiększyli przewagę w ligowej rywalizacji, pod koniec zwycięskiego meczu rozwinęli wielki baner z napisem DRUŻYNA AVANTE POPIERA PREZYDENTA RAMOSA.
– Proszę jeść, poruczniku, bo jajka szybko wystygną. Nie oszczędzam na klimatyzacji.
– Nie jestem już porucznikiem, Posadas. Ile razy mam to powtarzać?
– Dla mnie pozostanie pan porucznikiem. Na pewno nie chce pan kawy?
– Kawa to trucizna.
– Coca-cola nie?
Matelo otworzył puszkę i pociągnął dwa spore łyki coli. Odstawił puszkę i zaczął pałaszować jajecznicę.
– Ostrzegam, prędzej czy później rozwali pan sobie żołądek.
– Co ty powiesz, Posadas. Cola przyspiesza trawienie.
– Tylko dobrze radzę. Jeśli już nie kawa, to przynajmniej piwo jak normalny człowiek. A od czasu do czasu coś mocniejszego.
– Ścisz ten telewizor.
– Nie mogę.
Idąc za spojrzeniem Posadasa, Matelo odszukał w lustrze pierwszy stolik przy drzwiach wejściowych. Krótko ostrzyżony, tuż przed trzydziestką, wymięty garnitur, jasna koszula, krawat w nijakim kolorze. Pies gończy wojskowych.
– Podać coś jeszcze?
Pokręcił głową. Dokończył jajecznicę i opróżnił puszkę do ostatniej kropli. Okrągły zegar nad kontuarem pokazywał dziewiątą dwadzieścia siedem. Wstał, przerzucił marynarkę przez plecy i poszedł do toalety się wysikać. Kiedy wrócił, Posadas zawzięcie pucował kieliszki.
– Zrób porządek w toalecie.
– Już zdążyli napaskudzić? Przed otwarciem sprzątałem.
– Mówię o napisach w kabinie.
– Cholera, nie nadążam ścierać! – Posadas pochylił się nad kontuarem i dokończył, ściszając głos: – Kibel to nie państwowa telewizja. Ludzie mówią, co naprawdę myślą.
– Mówią?
– No, piszą. Jak nikt nie widzi. Podać coś jeszcze?
– A ty na kogo oddasz głos?
– Pan mnie zna, poruczniku. Czasem powiem o jedno słowo za dużo, ale nie wyrywam się przed szereg.
– Czyli zagłosujesz na mieszańca?
Posadas zbladł i obejrzał się na stolik z tajniakiem.
– Gdybym pana pierwszy raz widział, to bym pomyślał, że prowokator wyciąga mnie na spytki.
– Gadanie nic nie kosztuje.
– Może przysporzyć kłopotów.
– A ty wolisz nie wyrywać się przed szereg.
– Właśnie. – Posadas w mig podjął grę. Powiedział: – Ramos może i nie jest ideałem, ale kto po nim byłby lepszy?
– Naprawdę tak myślisz?
– Z ręką na sercu.
– A jak nikt nie widzi?
Posadas uśmiechnął się szeroko, aż krótko przystrzyżony czarny wąsik powędrował pod szpiczasty nos.
– Zaczynam rozumieć, dlaczego pana zdegradowali.
Matelo położył na kontuarze pieniądze.
– Daj colę na wynos.
Założył marynarkę, wcisnął puszkę do kieszeni i wyszedł. Spojrzał na zegarek. Dziewiąta czterdzieści jeden. Nie musisz się spieszyć, Matelo, dziesięć minut i będziesz na miejscu.
Zostawił za sobą Aleję Pułkowników, przeciął Aleję Lotnictwa i ulicą Guzmana dotarł do skrzyżowania z Aleją Republiki. Gówniany kraj! Nawet droga do wychodka musi koniecznie nosić nazwę alei tego czy tamtego! Zanim pokonał trzy schodki i przez ciężkie dębowe drzwi wszedł na posterunek, spojrzał w prawo, na widoczny u wylotu alei fronton pałacu prezydenckiego.
***
Javier Gamboa zaczął odprawę punktualnie o dziesiątej. Przypomniał obowiązki dwóm funkcjonariuszom mającym pełnić całodobowy niedzielny dyżur na posterunku. Potem wyczytał nazwiska policjantów wyznaczonych do pilnowania po cywilnemu porządku w czterech sąsiadujących z posterunkiem lokalach wyborczych. Escobedo, Marques, Reyes, Ortega po kolei podchodzili, żeby podpisem potwierdzić odbiór instrukcji. Przy Gamboi wzrostem i sylwetką każdy wyglądał na niedorostka.
– Na koniec krótko to, co najważniejsze: oficjalnie wchodzicie w skład komisji wyborczych. Tylko przewodniczący komisji wiedzą, kim jesteście. Macie meldować o każdym najdrobniejszym incydencie. W razie poważniejszych problemów, jeden wasz telefon i na miejscu w ciągu maksymalnie trzech minut zjawia się najbliższy patrol interwencyjny policji. Pytania?
Co wymyśliłeś dla mnie?, zastanawiał się Matelo. Wyjął z kieszeni puszkę coli i otworzył. Gamboa zmierzył go wzrokiem, ale się nie odezwał.
Reyes wstał.
– Panie komendancie, można używać broni?
– Zwariowałeś? Pismaki z zagranicy tylko na to czyhają! Jeszcze ktoś ma pytania? Nie? Matelo, pozwól do mnie.
W gabinecie Gamboa opadł ciężko na fotel i wskazał jeden z dwóch wolnych foteli na wprost biurka.
– Zamknij drzwi i siadaj.
Matelo zajął wskazane miejsce i pociągnął łyk coli. Spojrzał na ścianę za plecami Gamboi. Po jednej stronie godło, po drugiej portret Ramosa.
– Mam dla ciebie specjalne zadanie.
– Wybory?
Gamboa skrzywił się.
– Szkoda twoich talentów! Wybory to pestka, Ramos wygra w cuglach.
– Moich talentów? – powtórzył Matelo. – Jeszcze cztery miesiące temu gadałeś inaczej.
– Nie komplikuj spraw, Matelo. Zawsze miałem o tobie dobre zdanie. – Komendant wzruszył ramionami i sięgnął po papierosa. – Zrobiłem, co kazali. Wtedy nawet diabeł by cię nie wybronił.
Matelo upił łyk coli.
– Twoje kadzenie ani mnie ziębi, ani parzy. Zaraz po nowym roku przechodzę na emeryturę.
– Właśnie dlatego pomyślałem o tobie.
– Możesz jaśniej?
Komendant wyjął z szuflady cienką biurową teczkę.
– Otwórz.
Matelo zważył teczkę w dłoni. Zajrzał do środka i, nie czytając, przerzucił zawartość. Wydruk komputerowy, trzy zapisane po jednej stronie kartki formatu A4. Jego uwagę zwrócił duży czerwony stempel u góry pierwszej kartki.
– Co ma z tym wspólnego MSZ?
– Proszą nas, żeby potraktować tę sprawę priorytetowo i z największą dyskrecją. Chodzi o Amerykanów.
– Ambasada?
– W czwartek zamordowano jedną z pracownic.
– I Amerykanie nam zlecili śledztwo? Zawsze trzymali nas jak najdalej od swojego śmietnika.
– To jedna z lokalnych pracownic, nie Amerykanka. Paskudna historia, mówię ci. Sam zobaczysz.
Matelo zamknął teczkę, odłożył ją na biurko i pchnął w stronę komendanta.
– Zginęła w czwartek, dlaczego więc śledztwo dopiero rusza z miejsca?
– Mówiąc między nami, to zwykła formalność. Technicy zabezpieczyli ślady, mamy pełny opis autopsji. Cała dokumentacja jest w teczce.
– Formalność?
– Mordercę złapali jeszcze tego samego dnia, siedzi w areszcie. To jakiś imigrant z Filipin. Pracował jako taksówkarz.
– Przyznał się?
– Dowody są niepodważalne. W bagażniku taksówki znaleźli ciało.
– To po co ta farsa? Równie dobrze śledztwo mógłby poprowadzić praktykant.
– Hola, hola, chodzi o Amerykanów. Nie możemy dać plamy. Poza tym...
– Tak?
– Zależy mi na tym, żebyś to był ty. Masz wszystko podane jak na tacy. Na tej sprawie możesz wypłynąć.
– Pół roku przed emeryturą?
Komendant spojrzał w stronę zamkniętych drzwi, jakby podejrzewał, że na korytarzu ktoś czai się i podsłuchuje.
– To nie był tylko mój pomysł. Wiem z pewnego źródła, że ludzie z ministerstwa gotowi są zapomnieć o wpadce z młodym Canalesem. Przywrócą cię do stopnia porucznika, otrzymasz wyrównanie poborów za ostatnie miesiące. To oznacza, że naliczą ci wyższą emeryturę. Wystarczy, że ruszysz palcem. Nad czym tu dumać?
Matelo opróżnił puszkę i zgniotł ją w dłoni.
– Zastanawiam się, jakim cudem z dnia na dzień mnie pokochali.
– Chcesz to usłyszeć? Dobrze, posłuchaj! Czułem się wobec ciebie winny, w porządku? Zawaliłeś sprawę, fakt, ale jako szef mogłem się za tobą wstawić. Więc kiedy teraz trafia się okazja, nie rzucaj mi kłód pod nogi. Pozwól sobie pomóc. Chyba że chcesz, żebym przez ciebie wyszedł na durnia.
– Jest coś, o czym jeszcze powinienem wiedzieć?
– Zapoznaj się z dokumentacją. Zabójcę trzymają w centralnym areszcie, w izolatce. Niech się trochę pokisi we własnym sosie. Nie będziesz musiał go nawet za bardzo przyciskać, żeby się przyznał.
– Ale?
– Jak już mówiłem, działasz dyskretnie, bez mieszania do tego ambasady. – Gamboa zgasił papierosa i przesunął teczkę w stronę rozmówcy. – Wszystko, co Amerykanie mieli do przekazania, znajdziesz tutaj.
Matelo stał już przy drzwiach, kiedy Gamboa dźwignął się z fotela.
– Wybierzesz się wreszcie do fryzjera?
– Długie włosy to przykrywka. Przynajmniej nikt mnie nie weźmie za glinę.
Gamboa pofatygował się zza biurka i poklepał go po ramieniu. Górował wzrostem nad większością podwładnych i demonstrowanie tego sprawiało mu przyjemność.
– W tym właśnie rzecz, Simon – zwrócił się do Matela po imieniu. – Gdyby ubrać cię w mundur, to by cię wzięli za przebierańca. Weź to sobie do serca.
– Można starego psa nauczyć nowych sztuczek?
Zanim Matelo doszedł do połowy korytarza, zobaczył, jak Gamboa pospiesznie wychodzi, po drodze poprawiając wiązanie krawata. W swoim pokoju Matelo na chwilę otworzył okno i wyjrzał. Komendant zdążył przejść na drugą stronę ulicy i właśnie zajmował miejsce w tyle czarnej limuzyny na rządowych numerach.
***
Matelo o drugiej zrobił przerwę na zjedzenie zamówionego lunchu. Potem napoczął nową colę z automatu na parterze. Popijając, przymknął oczy i próbował odtworzyć w pamięci skąpe informacje zapisane na trzech kartkach. Opróżniwszy puszkę, przejrzał zapiski w notesie i podkreślił na czerwono punkty, o które powinien zapytać w pierwszej kolejności. Wybrał numer na komórce. Valleyo odebrał po trzecim sygnale.
– Amerykanka?
Wieści szybko się rozchodzą, pomyślał Matelo.
– Mhm. Mogę teraz wpaść?
– Gdzie jesteś?
– U siebie.
– Przyjdź za pół godziny. Kończę obiad.
Schował notes do kieszeni marynarki, kartki wsunął do teczki i zamknął w szufladzie biurka. Odczekał dziesięć minut i wyszedł. Cztery przecznice pokonał w kwadrans. Od czasu do czasu trafiał się samochód, na ulicach pustki. Wyjątkiem był plac Rewolucji, gdzie zwolennicy Ramosa z pomocą rekrutów budowali wielką scenę na niedzielny powyborczy wiec zwycięstwa. Z rozstawionych wokół placu głośników rozlegał się wojskowy marsz na cześć Bohaterów Dwudziestego Szóstego Lipca.
Zakład medycyny sądowej mieścił się w lewym skrzydle czterokondygnacyjnego gmaszyska, lewe zajmował urząd skarbowy. Wszedł obrotowymi drzwiami do rozległego holu, skręcił w lewo, pokazał legitymację i, rezygnując z windy, służbowymi schodami dostał się na poziom minus jeden. Uruchomił przycisk dzwonka przy drzwiach w końcu długiego, klimatyzowanego korytarza. Czuł chłód na mokrych od potu plecach. Drzwi otworzyły się i Valleyo odsunął się, żeby go wpuścić.
– Fartuch – przypomniał.
Formalista, Matelo skomentował beznamiętnie w myślach, zakładając pachnący świeżością fartuch. Dobra strona jest przynajmniej to, że taki niczego nie pominie i mało co ujdzie jego uwadze.
– Chcesz ją zobaczyć?
Ilekroć tu zaglądał, zachodził w głowę, w jaki sposób Valleyo pozbywa się zapachu trupiarni. Ma swoje tajemnice?
Valleyo wysunął jedną z dolnych półek i odwinął górę prześcieradła. Twarz nie nosiła śladów cierpień. Matelo spróbował sobie wyobrazić, jak kobieta wyglądała za życia. Wystające kości policzkowe, prosty nos, kształtne usta, mocno zarysowane brwi, wysokie czoło, długie kasztanowe włosy czesane z przedziałkiem pośrodku. Przypominała mu Marię. Ten sam wyraz zdziwienia, jakby nie mogła uwierzyć, że to spotkało właśnie ją.
Valleyo zsunął prześcieradło do połowy.
– Obrzęki na szyi wskazują, że była duszona. Ale śmierć nie nastąpiła na skutek uduszenia.
– W protokole z sekcji napisałeś, że nie ma śladów użycia narzędzi ani innych przedmiotów.
– Żadnych ran kłutych czy postrzałowych ani obrzęków po uderzeniu tępym przedmiotem. Sprawca był brutalny i bardzo silny. Spójrz tutaj: najwyraźniej przyciskał leżącą na plecach ofiarę kolanem, żeby ją unieruchomić. Doszło do złamania czterech żeber, jedno przebiło prawe płuco. Ale bezpośrednią przyczyną śmierci było ustanie pracy serca. Szczegółowy raport dołączę wieczorem.
Matelo zajrzał do notesu.
– Napisałeś, że cierpiała na silną arytmię.
– Nagły szok wywołany strachem i potwornym bólem doprowadził do zakłócenia rytmu serca. Umierała długo i w męczarniach.
– Broniła się?
– Pytasz, czy pod paznokciami były fragmenty obcego naskórka? Ja nic nie znalazłem. Pogadaj z technikami, którzy zabezpieczali ślady.
– Napisałeś, że została zgwałcona.
– Są ślady brutalnej penetracji. Naderwane krocze, obrzmienie sromu, wybroczyny na udach. Oszczędzę ci dalszych szczegółów. Wszystko masz w oględzinach, zrobiłem też dokładną dokumentację fotograficzną.
– Nie dostałem żadnych zdjęć. Zapomniałeś dołączyć?
Valleyo zmarszczył czoło.
– Ile lat się znamy? Trzydzieści? Czy ja kiedyś o czymś zapomniałem?
– Czyli?
– Wasi już zabrali zdjęcia. Macie u siebie niezły bajzel!
– Kto od nas cię odwiedzał?
– Lautara. Jego zapytaj.
– Spróbuję się wywiedzieć.
Valleyo okazał się domyślny.
– Żebyś nie musiał go prosić, wyślę ci pliki w postaci elektronicznej, będzie szybciej.
– Dzięki. Prześlij je dodatkowo w osobnym e-mailu na mój prywatny adres.
Valleyo nakrył ciało prześcieradłem i delikatnie wsunął półkę. Spojrzał na Matela.
– Jest coś, o czym powinienem wiedzieć? Wszystko w porządku?
– Jak najbardziej – zapewnił Matelo. Nie chciał, by Valleyo też zaczął myśleć, że cała sprawa jest grubymi nićmi szyta. – Wybieram się na emeryturę, a chłopaki lubią płatać psikusy takim jak ja ramolom na wylocie.
– Pilnuj się.
– Właśnie to robię. Dasz mi znać, gdyby wypłynęło coś nowego?
Valleyo pokiwał głową na znak zgody.
– Przed wyjściem wrzuć fartuch do kosza.
W drodze powrotnej zadzwonił do Lautary. Porucznik nie odbierał. Wybrał numer jego prywatnej komórki. Z tym samym skutkiem. Kiedy dotarł na posterunek, na schodach niemal się z nim zderzył.
– Nie odpowiadasz na telefony. Masz chwilę?
– Coś pilnego? Bo muszę lecieć.
– Sprawa Alejandry Zapaty. Mam kilka pytań.
Lautara zbladł. Czerwone znamię na lewym policzku przybrało kolor purpury.
– Teraz nie mogę. Zadzwoń za dwie godziny na służbowy, powinienem już być z powrotem.
W poczcie biurowego komputera znalazł e-maila od Valleya z załączonymi zdjęciami. Medyk sądowy wykonał je w czwartek tuż przed północą, kilka godzin po śmierci ofiary. Przeglądając pliki zdjęciowe, Matelo starał się całkowicie wyłączyć wyobraźnię. Na zbliżeniach wyraźnie było widać odciśnięte na szyi czerwone, nabrzmiałe pręgi. Sprawca miał duże dłonie.
Przez lata wypracował własną metodę prowadzenia śledztwa: skupić uwagę na szczegółach z pozycji beznamiętnego badacza, jakby przyglądał się zbrodni i ofierze z odległości wielu lat świetlnych. Metoda zazwyczaj się sprawdzała, ale nie tym razem. Valleyo słusznie go przestrzegał przed drastycznością opisu oględzin zwłok, jednak słowa ustępowały sile obrazu. Z poczucia obowiązku zmusił się do dokończenia przeglądu zdjęć, po czym kliknięciem zamknął e-maila.
Spojrzał na zegarek. Upłynęła zaledwie godzina, za wcześnie na telefon do Lautary. Postanowił wykorzystać pozostały czas, by dowiedzieć się o ofierze czegoś więcej. Przy pierwszym podejściu poniósł kompletne fiasko – jeśli nawet Alejandra Zapata była aktywna na którymkolwiek z popularnych mediów społecznościowych, to nie pod własnym imieniem i nazwiskiem. Wyszukiwanie w Google'u przyniosło tylko trzy wyniki: asystentka działu protokolarnego Alejandra Zapata towarzyszy ambasadorowi podczas spotkania z przewodniczącym parlamentarnej komisji ds. zagranicznych; Alejandra Zapata reprezentuje ambasadę USA na wręczeniu nagród w szkolnym konkursie wiedzy o USA; Alejandra Zapata przekazuje wychowankom domu dziecka zebrane w ambasadzie prezenty. Na każdym zdjęciu sztucznie uśmiechnięta, w stroju businesswoman, z wyrazem zadumy na twarzy przyciągającej uwagę urodą.
Odsunął się z fotelem od biurka i przymknął oczy. Alejandra Zapata chroniła swoją prywatność. Może należała do nielicznego już grona osób niechętnie odsłaniających publicznie szczegóły życia? Albo miała tajemnice skrywane przed światem?
Dochodziła osiemnasta. Poszedł do toalety, w McDonaldzie naprzeciwko posterunku kupił McChickena, frytki i colę, zjadł posiłek przy biurku i zadzwonił do Lautary. Tamten nie odbierał. Matelo odczekał pięć minut i ponowił próbę.
– No, co jest? Mów, tylko szybko!
– Byliśmy umówieni na telefon.
– A, tak. Więc o co chodzi?
– Alejandra Zapata.
– Wszystko jest w teczce. Co jeszcze chcesz wiedzieć?
– Ty zabezpieczałeś dowody?
– Bo w czwartek miałem dyżur. Taksówkę zatrzymał patrol policji przed dwudziestą pierwszą trzydzieści, nasza ekipa dotarła na miejsce kwadrans potem.
– Według twojego protokołu oględzin, zwłoki były w bagażniku. Ale w teczce nie widzę żadnych zdjęć.
– Nie dołączyłem? Zwykłe przeoczenie. Dostarczę w poniedziałek.
– Dopiero sobota.
– Trzymam je u siebie w sejfie, a do poniedziałku nie pokażę się w biurze.
– O zdjęciach od Valleyo też zapomniałeś?
Lautara prychnął do słuchawki.
– A jeśli nawet? Sprawa jest banalnie prosta. Morderca siedzi w areszcie, cały materiał dowodowy jest zabezpieczony.
– U ciebie w sejfie?
Lautara wyczuł kpinę.
– Nie – odwarknął – w naszej składnicy dowodów. A taksówka tego zboka stoi na centralnym parkingu przy komendzie głównej. Odczekaj do poniedziałku, Matelo, dobrze ci radzę, teraz nikt nie ma do tego głowy.
– Bo?
– Z księżyca spadłeś? Jutro wybory, ministerstwo ściągnęło nawet emerytowanych funkcjonariuszy. Wszystkie ręce na pokład.
– Do zabezpieczenia wyborów?
– Nie udawaj idioty, Matelo. Jeśli, nie daj Boże, Hernandez wygra, to wszyscy popłyniemy.
– Jasne.
– Odpuść sobie do poniedziałku.
– Tak zrobię.
Lautara chwilę odczekał, zanim powiedział:
– Wiesz, co sobie myślę? Wygrałeś los na loterii. My wszyscy babramy się w gównie, a tobie wygrana sama pcha się do rąk.
– Skoro tak twierdzisz.
– Chcesz usłyszeć, co powiedziałem komendantowi? Odradzałem, żeby tę sprawę powierzono tobie. Ale Gamboa się uparł. Wyraźnie idzie ci na rękę.
– Mhm.
– Posłuchaj, Matelo, masz wszystko podane jak na tacy. Po prostu tym razem niczego nie schrzan.
Lautara rozłączył się. Matelo wypił resztkę coli, puszkę wrzucił do kosza i schodami wszedł na drugie piętro. Dyżur pełnił Pancho. Na widok Matela odłożył gazetę.
– Otwórz mi składnicę dowodów. – Matelo sięgnął po księgę wpisową, żeby zanotować godzinę i pod datą złożyć podpis. – Nie będę niczego wynosił, tylko zajrzę do pojemnika. Sprawa o sygnaturze 34/5a/21.
Dyżurny pociągnął księgę w swoją stronę.
– Masz pozwolenie?
– Daj spokój, Panchito, przecież mnie znasz.
– Na ten weekend wprowadzono obostrzenia. Do magazynu z dowodami można wejść tylko za zgodą komendanta. Przynieś pozwolenie, to wpuszczę.
Wracał do pokoju, kiedy odezwała się komórka. Spojrzał na wyświetlacz. Luisa?
– Co się dzieje, córeczko?
– Nie przyjechałeś. Coś ci wypadło?
– Przecież niedziela dopiero jutro.
– Nie chodzi mi o niedzielny obiad. Mówię o mamie.
Zaklął w duchu. Przez chwilę się wahał, czy powiedzieć prawdę, czy skłamać. Wybrał to drugie.
– Nie zapomniałem, córeczko, po prostu cały dzień siedzę na posterunku. Nie zdążyłem się wyrobić.
– Przez wybory?
– Właśnie – przytaknął, uznawszy, że tak będzie prościej. Od samego początku starał się trzymać ją z dala od swojej pracy i teraz nie zamierzał tego zmieniać. Pokręcił do siebie głową. Jak mogłem zapomnieć!
– Halo? Jesteś tam?
– Coś nam przerwało. Pojadę prosto stąd, jak tylko skończę.
– Ale jutro będziesz? Czy w tę niedzielę też pracujesz?
– Przyjdę. Jak Adelina? Dziś trochę lepiej?
– Ma lepszy dzień. Nie może się doczekać niedzieli.
– Postaram się przyjechać jak najwcześniej. To do jutra.
Czy w każdym stołecznym mieście cmentarze lokuje się na obrzeżach? Wygląda to trochę tak, pomyślał, jakby żywi wypychali zmarłych poza obręb swoich spraw, byle dalej od siebie, nie biorąc choćby pod uwagę, że dotarcie do celu z drugiego krańca miasta to cała wyprawa. Zaraz wpół do ósmej, a nie był pewny, o której zamykają cmentarną bramę. Wolał nie polegać na komunikacji miejskiej, więc zamówił taksówkę i po pół godzinie był na miejscu.
Z kupionym na stoisku zniczem dotarł labiryntem alejek do grobu. Paliła się lampka od Luisy i Adeliny. Maria Matelo, ur. 2 maja 1960 roku, zmarła śmiercią tragiczną 3 lipca 1987 roku. Zapomniałem, Mario, zwierzył się półgłosem. Pierwszy raz od trzydziestu czterech lat zapomniałem o rocznicy. Starzeję się, najdroższa. Więc to chyba dobrze, że kiedy przychodzi czas, takich jak ja odstawia się na boczny tor. Trzeba tylko pozamykać wszystkie sprawy, inaczej człowiek nie zazna spokoju.
© Grzegorz Gortat, 2026
Wróć do niepublikowanych