Piątki z Piętaszkiem

Grzegorz Gortat

Robinson i pamięć o przeszłości

Mój poczciwy Robinson równo ze świtaniem przystąpił do robienia porządków. Zdziwiony tak niezwykłym u Robinsona stanem, jąłem go bacznie obserwować.

Mrucząc coś pod nosem, wynosił z szopy narzędzia. Ledwo się z nimi uporał, nie odpocząwszy nawet, przystąpił do zabierania garnków z kuchni.

Ciekawość we mnie zwyciężyła, więc spytałem:

- Co robisz, panie?

Zamiast odpowiedzieć, ze zdwojoną energią jął ogałacać kuchnię z tej nędznej pozostałości zastawy kuchennej, jaką zdołał z zatopionego statku ocalić.

Podejrzałem, że znosi wszystko do dużej szopy, którą na nadmorskim wzgórzu niedawno wybudował. Wyszedłem mu naprzeciw. Na mój widok jakby oprzytomniał. Przypadł do mnie i z napięciem w oczach spytał:

- Ile po mnie zostanie?

Myślałem nad odpowiedzią, ale nie znając podłoża pytania, nijak nie potrafiłem wśród mnogości możliwych odpowiedzi znaleźć tę właściwą.

- Co masz, panie, na myśli? – dociekałem.

- Kiedy umrę, mój Piętaszku, co po mnie zostanie?

- Jeśli nadal będziesz się zapuszczał aż za cypel, to chyba niewiele, bo rękinów tam zatrzęsienie.

- Nie o rekinach myślę.

- Gdyby zaś na wyspie wylądowali Salamakowie, to też niewiele zostanie do zbierania. Salamakowie zwykli ogryzać wrogów do kosteczek.

Spojrzał na mnie tak, jakbym był niegodzien dzielić z nim mizerną wyspę.

- Durny Piętaszku, ja o sprawach ostatecznych mówię, a ty o kościach.

- Widzi mi się, że Robinson sprowadzony do nagich kości jest najbardziej ostateczną z ostateczności.

- Przeszłość i pamięć, durny Piętaszku, te dwa zjawiska od dawna mnie zaprzątają.

- Tylko po jakie licho ostatnich garnków nas pozbawiasz?

- Buduję muzeum własnej pamięci.

- Muzeum? – powtórzyłem.

- Inaczej miejsce, w którym najcenniejsze wspomnienia przeszłości teraźniejszość z myślą o przyszłości przechowuje.

- Dosyć mętne to, panie.

- Kiedy Robinsona zabraknie, pamięć o nim nie zginie.

- Jakim to sposobem motyka, łopata i trzy koślawe garnki będą przyszłości przypominać o Robinsonie?

- Wstrzymaj się, jeszczem dzieła nie ukończył.

Godziny mijały, a Robinson z rzadką u niego energią przenosił i przeprowadzał cały nasz dobytek do nowo wzniesionej szopy. Dobrze, rzekłem do siebie, niech i tak będzie. Szopa zdała mi się solidna, uznałem więc, że lepiej będzie się w niej mieszkać.

Noc przespałem spokojnie. Zbudził mnie głos Robinsona:

- Wstań, robota jest bliska ukończenia.

Ledwo wstałem z łóżka, Robinson chwycił je i ciągnie do szopy. Ruszyłem za nim, mocno rozeźlony.

- Wejdź, Piętaszku, pora zamykać.

Przekroczyłem próg, nieświadom jeszcze, co mnie czeka. Zaciągnął okratowane drzwi, zamknął je od środka na skobel i z zadowoloną miną każe mi swoje dzieło podziwiać.

- Kozy też przyprowadziłeś?

- Potomność będzie wiedziała, jak żeśmy żyli i co jedli.

- W istocie zadbałeś o każdy szczegół.

- Historia, Piętaszku, nie może się żywić fałszem.

- A czym my się będziemy żywić?

Dwa dni wytrzymaliśmy bez jedzenia i picia. Z szacunku dla historii nie wolno nam było nawet kokosa rozłupać, o przygotowaniu pieczystego z kóz nie wspomnę. Pod koniec drugiego dnia Robinson z obrażoną miną drzwi otworzył i pierwszy wyszedł, nie oglądając się na mnie.

Późno bo późno, ale zrozumiał wreszcie, że żywi sami sobie muzeum budować nie powinni.

Robinson i miłość bliźniego

Mój poczciwy Robinson tuż po wschodzie słońca przywołał mnie do siebie. Pamiętając jeszcze, jak wieczorną porą dla kaprysu grzbiet obił mi kijem, szedłem z ociąganiem. Znałem Robinsona równie dobrze jak każdy sęk na jego kosturze, spodziewać się mogłem zatem, że i dzisiaj z właściwym mu oddaniem wtłaczać mi będzie do głowy pańskie nauki.

Zdziwiłem się, ujrzawszy Robinsona wykąpanym i w odświeżonym kaftanie. Niechęć Robinsona do wody jest, jak pokrętnie tłumaczy, skutkiem nader długiego przebywania w morskiej kipieli, z której to przygody jeden Robinson z całej załogi statku uszedł z życiem. Wciągając w nozdrza czyste powietrze, jednocześnie zachodziłem w głowę, jaka choroba dopadła Robinsona. Lęk mnie zdjął, że i tym razem poczciwina w obiciu grzbietu Piętaszka będzie upatrywał lekarstwa.

Przygotowany na najgorsze, słyszę:

- Kogo przed sobą widzisz?

Odchrząknąłem i pozbierawszy myśli, odparłem jak najbezpieczniej:

- Robinsona, panie.

Wzdrygnął się, zniecierpliwiony. Opanował wszak gniew i znowu uprzejmie przemówił:

- Piętaszku, wznieś się ponad przynależną ci z urodzenia tępotę i wypowiedz zdanie, które zawiera więcej niźli tylko dwa słowa.

- Widzę Robinsona, szlachetnie urodzonego syna wysp brytyjskich, zapewne spokrewnionego z rodziną królewską, który, nie bacząc na równe władcom pochodzenie, swe siły i talenty oddał służbie niewdzięcznej ludzkości, uszczęśliwiając ją na co dzień i od święta perkalikami, jedwabiem, piwem, zbożem, drewnem, modlitewnikami tudzież wywarami spędzającymi płód – i co tam jeszcze sztuka kupiecka gotowa jest za stosowną opłatą zaoferować. Widzę zarazem drogiego memu sercu pana, który z równym królom angielskim oddaniem wziął we władanie tę mizerną wyspę i mnie, niegodnego sługę, któren miał szczęście...

- Źle, Piętaszku! – przerwał mi krzykiem. – Widzisz chrześcijanina, który ma szczęście nazywać się twoim bliźnim.

- Bliźnim, panie? – zawahałem się, wciąż nie wiedząc, jaka choroba przyplątała się do Robinsona.

- Pan Nasz Jezus Chrystus w drugim człowieku kazał nam widzieć równego nam brata. Więcej nawet, nauczał, że służąc bliźniemu, służymy zarazem Jego Boskiej osobie.

- Chcesz powiedzieć...

- Tak, Piętaszku, uznałem, że najlepiej okażę miłość Panu poprzez ubóstwienie twej mizernej osoby.

- Nie jestem godzien...

Nie dokończyłem. Robinson kazał mi siadać i zażywać słonecznej kąpieli, kończąc przemowę tymi słowami:

- Wypada, bym boskiej istocie to ja usługiwał we wszystkim, począwszy od podania śniadania.

Pełen najgorszych obaw leżałem w piekącym słońcu. Z nastaniem południa Robinson powiódł mnie w cień palm i tam przykazał dalej odpoczywać. Podczas gdy pusty żołądek dopominał się jedzenia, ciężka od owoców palma przypominała o niemiłych konsekwencjach nagłego zetknięcia kokosa z głową.

Robinson spóźniał się ze śniadaniem. W porze obiadu uraczył mnie polewką ze zważonego mleka, na kolację zaś podał niedogotowane pataty w towarzystwie na wpół spalonych bananów. Ledwo zmrok zapadł, wymknąłem się nad brzeg i w nadmorskich zaroślach umościłem sobie kryjówkę. Robinson odnalazł mnie tam rano, kiedym jeszcze smacznie chrapał.

- Tak mi się odwdzięczasz za to, że w twojej skorupie dzikusa próbowałem odnaleźć choć cień boskiego podobieństwa?

- Wybacz, panie, żem nie dość wykrzesał w sobie zapału do bycia twoim bogiem – wołałem, broniąc się przed kijem – ale zbyt świeżo mam w pamięci, jaki los sami ostatecznie zgotowaliście waszemu ukochanemu Panu.

Robinson i złota rybka

Mój poczciwy Robinson od rana wzdychał z takim zapałem, że jasnym mi się zdało, iż albo dopadła go nostalgia za ojczystą Anglią, albo cierpi na wzdęcia po zbyt późno zjedzonej kolacji.

- Czas na śniadanie – przypomniałem łagodnie, chcąc zbadać, czy literalnie boli go żołądek, czy też metaforycznie dokucza mu serce.

Nie odpowiedział. Zwócony twarzą ku morzu, wybiegał nieruchomym wzrokiem za horyzont. Powieka mu ani drgnęła, gdym powtórzył pytanie. Kiedy trąciłem go łokciem, skoczył jak człowiek wyrwany ze snu.

- Zmęczonyś, panie? – zaryzykowałem.

- Głowa, Piętaszku! – westchnął, tą odpowiedzią zbijając mnie z tropu. – Głowę mam pełną marzeń.

Nauczony doświadczeniem, że marzyciel i wariat to dla zdrowego jednako niebezpieczna kompania, jąłem dociekać, jakim marzeniom Robinson dał się nieopatrznie porwać:

- O czym to marzysz? Są marzenia, które z pomocą oddanych przyjaciół łatwo jest ziścić.

Spojrzał na mnie z góry.

- Nie rozumiesz – mruknął. – Marzenia twojego pana mogłaby urzeczywistnić jedynie złota rybka.

Poczułem, że to mnie tym razem głowa zaczyna odmawiać posłuszeństwa.

- Wybacz, panie, ale jedną rybką, choćby i złotą, nawet porannego głodu nie zaspokoisz.

- Durny Piętaszku, nie o żołądku mówię. Złota rybka jest jak klucz do świata, w którym wszystko, o czym pomyślisz, w tejże samej chwili staje się możliwe.

W kilku zdaniach rzecz całą mi wyłuszczył, podkreślając przytomnie, że złota rybka spełnia nie więcej niż trzy życzenia, na spotkanie z nią zatem zasługuje tylko człowiek o trzeźwym umyśle, który marzycielskie zapędy potrafi okiełznać i najwłaściwsze dla siebie trzy życzenia wybierze.

Kamień spadł mi z serca. Wiedziałem, że podobny stan umysłu mija równie szybko, jak uczucie żalu po niespełnionej miłości, kiedy nową miłość los nam ześle.

- Prędzej tu natrafisz na rekina niż na złotą rybkę – podjąłem – za to tęczowego węża przy odrobinie szczęścia możesz napotkać.

- Ki diabeł? – powtórzył pozornie bez zainteresowania, ale uszu, widzę, ochoczo nadstawił.

- W Anglii wierzycie w złotą rybkę, my w tęczowego węża.

Przytoczyłem mu kilka opowieści, w tym tę najbardziej znaną, w której wioskowy głupek Samarutin za sprawą tęczowego węża zyskał żonę i pięć cielnych krów oraz pozbył się teścia, tym samym przejmując wodzowski urząd i związane z tym dobrodziejstwa.

- Chcesz powiedzieć – Robinson się rozochocił – że tęczowy wąż spełniłby moje trzy życzenia?

Pomyślałem nad odpowiedzią i odparłem:

- Tak jak złota rybka spełnia życzenia u was w Anglii.

Więcej tego dnia Robinsona nie widziałem. Zajęty pracą, nie zaprzątałam sobie tym głowy. Wszak nazajutrz w południe, wiedziony niepokojem, jąłem go wypatrywać. Znalazłem go sto kroków od chaty, w palmowym gaju na skraju parowu, na którego dnie węże zwykły urządzać sobie legowisko. Tęczowy wąż łypał na Robinsona hipnotyzująco, Robinson zaś rozłupywał mu orzech z mleczkiem kokosowym, który od wieków uchodzi za wężowy przysmak. Sterta łupin w pobliżu była widomym dowodem, że Robinson spełnił już więcej niż trzy wężowe życzenia.

Robinson i prężne ciało

Mój poczciwy Robinson powitał wschód słońca okryty jeno przepaską na biodra, pokazując nieprzygotowanemu światu owłosiony tors, koślawe nogi tudzież resztę anatomicznych przyległości, które zwykle litościwie skrywa pod spodniami i kaftanem z koziej skóry.

- Pięknie, panie – pochwaliłem szczerze. – Przez myśl mi nie przeszło, że ledwo po trzech miesiącach noszenia kaftana, z własnej woli zechcesz go wyprać.

- Durny Piętaszku! – wycedził – człowiek szlachetnie urodzony nie przyodziewek, lecz ciało stawia na pierwszym miejscu.

- Czyżby? – mruknąłem zgryźliwie, nadto świadom, jak bardzo u Robinsona deklaracje rozmijają się z faktami.

- Skoro Bóg stworzył nas na Swoje podobieństwo, winniśmy jak najdłużej zachować boskie kształty.

- Coś mi się widzi, że wasz anglikański Bóg jedzenia sobie nie odmawia.

- Bluźnisz! – Zamachnął się na mnie ręką, w porę jednak uskoczyłem. – Owszem, to i owo należałoby może poprawić... Otóż właśnie dążenie do doskonałości wyznacza granicę między wysublimowanym porządkiem świata Robinsona a tępotą Piętaszka.

- Ja na drodze do doskonałości nie będę ci stawał – burknąłem obruszony. Obróciłem się na pięcie, by odejść.

- Stój, Piętaszku! – przywołał mnie do siebie. – Tym, czego mam w nadmiarze, obdaruję i ciebie.

- Nie rozumiem?

- Złym byłbym panem, gdybym dbał tylko o twoją pogańską duszę, o plugawym ciele zapominając.

- Moje ciało, zaręczam, ma się niezgorzej.

- A dawnoś uprawiał ćwiczenia cielesne?

- Nie, jeśli mówisz o związku dwóch ciał, które za sprawą natury od czasu do czasu ciasno do siebie przylegają.

- Mówię o związku między członkami a umysłem, o owej błogosławionej równowadze, która piękny umysł każe łączyć z pięknym ciałem, a piękne ciało z pięknym umysłem.

- Choć umysł wysilam, sensu nie chwytam.

- Gimnastyka, durny Piętaszku! Wymachy kończyn, skłony i przysiady, z ciężarem oraz bez obciążenia.

- Coś mi się widzi, panie, że taką gimnastykę uprawiam dzień w dzień od rana do wieczora.

- Ja o sztuce, a ten o prostackich zajęciach!

- Prawdziwa sztuka to mieć czym napełnić brzuch.

- Wstyd, Piętaszku! Nawet Rzymianie i Grecy, choć przecie w sprawach wiary błądzili, kult ciała i umysłu stawiali na pierwszym miejscu.

- Chcesz powiedzieć, że orać, siać i zbierać plonów nie musieli?

- Od tego mieli niewolników!

- Pięknie – wycedziłem. – Chętnie zadbam o swą tężyznę fizycznę, jeśli ty dla odmiany choć raz w roku zaprzęgniesz się do pługa albo las wykarczujesz.

Robinson i pochwała czujności

Mój poczciwy Robinson poczęstował mnie tęgim kopniakiem, kiedym wrócił z koziej zagrody z udojonym mlekiem.

- Za co? – jęknąłem.

- Wybiję ci z głowy dzikie zabobony!

- Szczęście wielkie, żeś od miękkich pośladków zaczął – popatrzyłem na niego krzywo.

- Mów, cóżeś to za taniec odtańczył pod palmą?

- W ostatniej chwili żem zmiarkował, że zapuszczam się z lewej strony, więc się cofnąłem, by okrążyć pień od strony przeciwnej. Okrążyć drzewo z lewej to pewne nieszczęście na polowaniu.

- Tak też myślałem! Na nic moja nauka, skoro w przesądach tkwisz jak ryba w mule. Od dziś inaczej cię będę uczył.

Zamierzył się kijem. Przytomnie uskoczyłem, alem uronił przy tym mleka z ceberka. Cóż było robić? Nie uśmiechało mi się dnia zaczynać bez śniadania, jednak jak nakazuje zwyczaj ulałem sporą porcję mleka przez lewe ramię.

- Opętańcze! – próbował mnie powstrzymać.

- W trosce o nas to czynię. Mleko wylać, to jakby biedę zapraszać do domu! Dla odpędzenia nieszczęścia trzeba skropić ziemię mlekiem, koniecznie przez lewe ramię.

- Wstyd mi przynosisz!

- Wybacz, krzywdy nikomu nie czynię. Kto mądry, złego losu nie będzie wystawiał na pokuszenie.

- Kto mądry, w Bogu we wszystkim pokłada wiarę!

- A jeśli twój anglikański Bóg dostanie wzdęcia i za potrzebą się oddali, na ten czas spuszczając człowieka z oka?

- Bluźnisz!

- Albo, gorzej jeszcze, chwilę nieuwagi wykorzysta Bóg papistów, by człowiekowi zamącić w głowie?

- Durny Piętaszku, nawet papiści stronią od zabobonów. O dobrych anglikańskich chrześcijanach nie wspomnę...

- Małom to razy widział, jak omijasz drabinę, by przypadkiem pod nią nie przejść?

- W trosce jedynie, by nie spadła mi na głowę.

- A czemu, zdarza się, przez lewe ramię spluwasz?

- A jak najlepiej sprawdzić, z której strony wiatr wieje?

- Widziałem, jakeś onegdaj uganiał się za czterolistną koniczyną.

- Z miłości do czterech Ewangelistów, którzy słowa Pana Naszego w trosce o nasze zbawienie spisali.

- A kiedy kury czy kokosy liczysz, to z dwunastu na czternaście przeskakujesz, trzynaście zawsze pomijając?

- Przez wzgląd na apostoła Judasza, który był trzynastym gościem na Ostatniej Wieczerzy, a przez którego zdradę Pan Nasz śmiercią męczeńską na krzyżu w feralny piątek...

Urwał raptem. Patrząc na mnie z twarzą nagle pobladłą, wydusił: „Piątek, Piętaszek, pech do kwadratu...” – po czym trzy razy przez lewe ramię splunął i rzucił się na ziemię, by szukać czterolistnej koniczynki.

Robinson i sztuka kupiecka

Mój poczciwy Robinson uznał, że znalazłszy w mej osobie pilnego i zdolnego ucznia, może w nudne wieczory na wyspie kształcić mnie w dwóch dziedzinach, które sam stawia najwyżej.

- Piętaszku – podjął z miną tak uroczystą, jakby zamierzał winem z bananów mnie ugościć – wprowadzę cię w tajniki handlu.

- Jakże to – zdziwiłem się szczerze – zarzuciłeś już poezję, którąś co wieczór mnie raczył?

- Durny Piętaszku! Umyśliłem oto dwie pieczenie upiec na jednym ogniu.

- Dwie pieczenie?

- Naukę o poezji słowa połączę z wykładami o kupiectwie.

- Spodziewam się – mruknąłem, nauczony doświadczeniem – że przyjdzie mi słono za obie pieczenie zapłacić.

Ruchem ręki zmusił mnie do milczenia.

- Poezja – ciągnął, mocno zezując, co w jego mniemaniu najtrafniej oddaje wyraz uduchowienia na twarzy – jednym uskrzydlonym słowem odrywa nas od ziemi i unosi ku krainie marzeń.

- A kupiectwo – wszedłem mu w słowo – ciągnie nas za nos ku krainie mamony.

Wymierzył mi kopniaka.

- Bluźnisz! Tak jak poezja jest najświętszym wcieleniem słowa, tak kupiectwo jest najwyższą formą ziemskiej aktywności.

- Jeszcze wczoraj gardziłeś straganami i psioczyłeś na ojca, który, mówiłeś, zamierzał unieszczęśliwić cię kupieckim kantorem.

- Durny Piętaszku! – syknął – z bogactwa słów, którym co dzień cię raczę, z rzadka tylko właściwy sens potrafisz wyciągnąć. Słusznie, widzę, uczyniłem, postanawiając twój oporny umysł do myślenia przymusić.

- Tymczasem przymuszam się, by nie zasnąć.

- Wysłuchasz próbki mego poetyckiego talentu, to wnet się rozbudzisz. Nadstaw uszu: „Uwznioślony denarów i talarów brzękiem, myślą znad bel jedwabiu ku niebu ulatam, ziemskie troski zostawiając głupcom zdjętym lękiem, co w każdym kupcu swej sakiewki upatrują kata...”

Przerwał i palec we mnie wymierzył:

- Pora na ciebie.

- Co mam czynić?

- Próbuj na miarę swych mizernych talentów mnie naśladować, wyszukując najbardziej odpowiedniego rymu do moich kupieckich haseł. Gotowyś?

Skinąłem głową, ziewając.

- Kupiec – zaczął z przemądrząłą miną.

- Głupiec – odparłem.

- Kupiectwo.

- Łupiestwo.

- Kupić.

- Ogłupić.

- Pieniądze!

- Żądze.

- Płaskie, nudne i pozbawione polotu – orzekł, patrząc na mnie mściwie. – Nie będzie z ciebie poeta.

- Ani kupiec – dopowiedziałem z zadowoloną miną.

Robinson i siła pieniądza

Mój poczciwy Robinson rozbudził mnie w środku nocy. Śniłem akurat detalicznie o wypukłościach i miłych dla oka wklęsłościach młodego ciała Minooto, więc kiedym nagle ujrzał gębę Robinsona, strach mnie wziął, że we śnie zapuściłem się na niewłaściwą stronę.

- Wstawaj – potrząsnął mną.

- Noc jeszcze – zaprotestowałem.

- Pora dobra jak inne – burknął. – Najwyższy czas zaprowadzić na wyspie nowe porządki.

- Nie lepiej z nastaniem nowego dnia? – ziewnąłem, próbując przewrócić się na drugi bok.

- Pieniądz! – zawołał napastliwie. – Podstawa, na której świat się opiera. Słodki dla każdego ucha brzęk monet. Miły ciężar złota w dłoni – dopowiedział z rozmarzeniem na twarzy.

- Pieniądz? – powtórzyłem. – Nigdym tego słowa z twoich ust nie słyszał.

- Bom myślał, że bez pieniędzy się obejdzie. Ale, widzę, w nierząd brniemy. Zastój gospodarczy nam grozi, bo nijak wartości towarów, o mojej osobie nie wspomnę, oszacować nie potrafisz.

- Mógłbyś jaśniej, panie?

- Ileś gotów zapłacić za kokosy, które pozwalam ci zrywać?

- Po cóż płacić? Kiedy poczuję głód, wdrapuję się na drzewo i zrywam, ile mi trzeba.

- A jeśli narwiesz za dużo?

- Wyrzucam.

- Pieniądz i wartość! – zagrzmiał. – Inaczej zgoła szanujesz towar, za który przyjdzie ci zapłacić.

- Komu miałbym płacić?

- A kto z wyroków Boskich jest prawdziwym gospodarzem wyspy?

- Ty, panie – mruknąłem bez entuzjazmu.

- Kto zatem ma w swojej pieczy wszystko, co na wyspie się znajduje i co na niej się rodzi?

- Jako żywo, gospodarz.

- Sam widzisz.

- Nadal nie pojmuję, dlaczego kokos czy ananas, za który każą mi zapłacić, lepiej ma mi smakować.

- Twoje życie nabierze sensu. Zrozumiesz znaczenie pracy. Trud codziennego bytowania. Ostateczny cel, ku któremu zdążamy.

- Jakiż to cel?

- Bogacić się.

- Onegdaj mówiłeś o zbawieniu.

- Nasz Bóg łaskawie spogląda na tych, co tu, na ziemi, pracą pomnażają dany im majątek.

Sen mnie odszedł i poczułem burczenie w brzuchu, zwiastun, że czas pomyśleć o śniadaniu.

- Hola, hola! – powstrzymał mnie Robinson, kiedym chwycił cebrzyk, by pójść do koziej zagrody po świeże mleko. – Najpierw zapłać.

- Przecież śniadanie szykuję dla nas obu.

- Ale wyspa, kóz nie wyłączając, do jednego z nas należy. – Podrapał się po głowie. – Na czas dojenia gotów żem użyczać ci kóz za cenę dwudziestu świeżych bananów.

- Mnie za pracę nic się nie należy?

- Dam pięć bananów.

Uśmiechnąłem się chytrze.

- A ile mi zapłacisz za okopywanie pola patatów?

- Dwanaście bananów za dniówkę. Ale motyka kosztować cię będzie całe czterdzieści.

- Nie za drogo?

- Nie ty wyznaczasz ceny, tylko wolny rynek.

Skrupulatnie ustalił opłaty za wszystko, łowienia ryb i kąpieli w morzu nie wyłączając. Wszelako po czterech ledwo dniach gospodarka rynkowa Robinsona załamała się z kretesem. Rzec można, że zgubiła go zachłanność tudzież niemożność lokowania szybko rosnących zysków. Tuż nad ranem, w przekonaniu, że jeszcze śpię, stos zgniłych bananów wywiózł do lasu i tam zakopał.

Robinson i uczucie zazdrości

Mój poczciwy Robinson martwił mnie od tygodnia mizernym wyglądem. Jadł tłusto i obficie, dokładek nie odmawiał, mimo to marniał w oczach. Spostrzegłem, że sznurek od spodni mocniej zaciska, by portek nie zgubić.

Tęsknota za Anglią, orzekłem. Żal mi się go zrobiło, więc siódmego dnia podszedłem do Robinsona i pytam:

- Coś cię trapi, panie?

- Zazdrość! – wymamrotał.

- Z jakiegóż to powodu?

- Przez ciebie!

- Czegóż możesz mi zazdrościć?

- Podłego stanu, w jakimś się urodził.

Staliśmy, mierząc się wzrokiem. Jasnym mi się zdało, że Robinson padł ofiarą kolejnej tajemniczej choroby, na którą tylko biali, poddani ostrym promieniom słońca, są szczególnie podatni.

Tymczasem Robinson jakby sam siebie słuchał.

- O ile byłbym szczęśliwszy – perorował – gdybym był się urodził dzikusem, który świata poza wyspą nie zna.

- Mówiłeś, że Anglia to też wyspa – wypaliłem nieopatrznie.

- Głupiś! – wybuchnął. – To wyspa, w której cały świat się mieści. Kobiety, pałace, szybkie konie, dworskie plotki, rozpusta, złocone kaftany, publiczne egzekucje. I tłustych kapłonów w bród.

- Jedzenia i tu sobie nie odmawiasz.

- Spójrz na mnie i powiedz, kogo widzisz? – Nie czekając na odpowiedź, mówił dalej: - Nieszczęśnika, z którego zadrwił los. Wcisnął mnie w cudzy kaftan i kazał oddychać cuchnącym powietrzem.

Korciło mnie, by powiedzieć, że jeśli coś na wyspie cuchnie, to właśnie kaftan Robinsona. Ale ten nie pozwolił mi dojść do słowa.

- Ileż mógłbym dokonać – zawodził. – Wszystkie kantory kupieckie stały przede mną otworem. Zresztą, kto wie, czy za radą życzliwych bym nie poszedł i o tytuł doktora Oksfordu się nie pokusił...

- Doktor Oksfordu koźlęcia ze skóry by nie oprawił – wtrąciłem, by sprowadzić go na ziemię.

- A dwór królewski? – rozochocił się. – Któż jak nie człowiek moich talentów i mojej kondycji mógłby u boku króla obrastać w piórka?

- Czy to nie ty mówiłeś, że posadę na dworze równie łatwo znaleźć, jak stracić głowę?

- A od czego rozum? Wystarczy wiedzieć, kogo połaskotać miłym słówkiem, a komu podstawić nogę.

Zapuścił się w ślepą uliczkę, z której tylko ja mogłem go wyprowadzić.

- Rozum, rzekłeś – podjąłem niewinnie. – Osoba tak wielkiego rozumu zdolna jest zobaczyć rzecz we właściwych proporcjach.

- Co masz na myśli? – spytał nieufnie.

- Kim byłbyś w Anglii? W najlepszym razie jednym z dworzan króla. Nie wypominając, jednym z milionów poddanych. A na wyspie Robinsona to Robinson właśnie władzę królewską sprawuje.

- Chcesz rzec...

- Tak, panie. Tutaj jesteś równy królowi Anglii.

- Hm – bąknął prostując plecy. – Zaiste niegłupio mówisz...

Z czołem wzniesionym ku niebu stanął tak blisko mnie, że poczułem odór dawno nie pranego kaftana.

- Piętaszku – odezwał się uroczyście, patrząc gdzieś ponad moją głową – postanowiłem dziś wieczorem wyprawić ucztę. Tuszę, że nie będę zmuszony zlecać tego zadania żadnemu innemu z dworzan.

Robinson i sila wyobraźni

Mój poczciwy Robinson z samego rana wdrapał się na skraj urwiska. Widziałem, jak siada, nogi zwieszając nad przepaścią. Godziny mijały, a Robinson siedział nieporuszenie jako ten słup soli, o którym mówi święta księga jego anglikańskiego Boga.

Przyszło mi do głowy, że Robinson ujrzał nadciągających na łodzi dzikich Salamaków i na ich widok strach odebrał mu rozum i wolę działania. Niechętnie dołączyłem do niego.

Osłaniając oczy rękę, przebiegłem wzrokiem horyzont. Morze było spokojne, łagodne fale nie zwiastowały burzy. Łodzi z Salamakami nie wypatrzyłem.

- Cóż porabiasz, panie? – zacząłem oględnie, na wszelki wypadek trzymając się z dala od urwiska.

- Myślę.

Źle to wróżyło. Ilekroć Robinson wypuszcza się na dłuższą wędrówkę w głąb własnego rozumu, naraża nas obu na przykre konsekwencje.

Cóż, uznałem, łacniej uniknę wroga, jeśli go wprzódy poznam. Robiąc poważną minę, pociągnąłem Robinsona za język:

- A nad czym tak dumasz, panie?

Obrzucił mnie nieobecnym spojrzeniem, po czym tonem wieszcza powiedział:

- Myśl mnie poraziła, Piętaszku, jak wielką potęgą jest człowiek w niezmierzonym wszechświecie.

Na śmiech mi się zebrało. Tkwił na skalnej krawędzi i gdyby wiatr dmuchnął mocniej, pośladki Robinsona, a z nimi cała reszta, opuściłyby ziemski padół i nieodwracalnie stały się częścią wszechświata.

- Wybornie, panie – skwitowałem. – Dasz mi choć jeden przykład?

- Potęga wyobraźni – rzucił poetycko.

- Wysilam wyobraźnię, ale nie rozumiem.

- Spójrz – pokazał ręką przed siebie – co widzisz?

- Morze.

- Co widzisz u krańca?

- Horyzont.

- A dalej?

- Dalej nic nie widzę.

- Za horyzontem zaczyna się sfera wyobraźni. Człowiek, Piętaszku, cywilizowany człowiek, zawsze winien wybiegać myślą za metaforyczny horyzont. Ponad granicami czasu drążyć przyszłość.

- Co ciekawego tam widzisz? – zakpiłem.

- Widzę łodzie, które trasę stąd do Anglii pokonują w siedem dni. Widzę statki zdolne pod wodą pływać na podobieństwo wielorybów i takie, które w powietrzu się unoszą. Widzę mięso pieczone bez płomieni. Wóz, który sam chodzi. Widzę okulary, przez które można pchle wszystkie nogi policzyć...

- A mnie się widzi, że przydałyby się okulary, by zobaczyć wszystko, co w głowie Robinsona się mieści!

Zaśmiał się z wyższością.

- Takiego cudu – powiedział z pewnością w głosie – człowiek przyszłości nigdy nie wymyśli.

Robinson i alkoholowe wywyższenie

Mój poczciwy Robinson, jak przystało na niedzielę, sięgnął po swą grubą, podniszczoną książkę, która ponoć zawiera wszystkie Boże objawienia. Choć, jak onegdaj podpatrzyłem, brak w niej sporo kartek.

- Dzień święty – zaczął – w którym Pan nasz po trudzie stworzenia świata odpoczął, na pamiątkę czego i nam przykazał odpoczywać, człowiek winien uczcić czytaniem jego świętej księgi.

Miałem ochotę rzec, że po sześciu dniach pracy nie dzień, ale tydzień cały winno się odpoczywać. Zmilczałem.

- Otóż – ciągnął i, otworzywszy tom na chybił trafił, wyrecytował, książkę odsuwając na długość ramienia, bo jest, jak się zarzeka, dalekowidzem: - „Rozdziera się serce we mnie, wszystkie moje członki ogarnia drżenie, jestem jak człowiek pijany, jak człowiek przesycony winem...

- „Pijany”? – przerwałem mu grzecznie.

Obrzucił mnie roztargnionym spojrzeniem.

- To stan, gdy duch przeważa nad ciałem.

- Mógłbyś to bliżej objaśnić?

- Ciało jest niczym, w pełni podporządkowane duchowi.

- Mówiłeś, zdaje się, że to definicja śmierci.

- Bo pijaństwo jest jej doczesnym odpowiednikiem. Ciało ciąży jak kamień, dusza ulata w rejony na co dzień niedostępne.

Wzrok miał tak rozmarzony, że lękałem się go z tego stanu wytrącać. Ale na usta cisnęło mi się pytanie:

- O takim stanie dochodzenia do świętości wcześniej jakoś nie wspominałeś...

- Zwyczaj to zbyt pospolity, by nad nim dłużej się zatrzymywać.

- Pospolity? Wzbudziłeś moją ciekawość, panie.

- Praktykuje go naród cały, od gminu po samego króla, biskupów, rzecz jasna, nie wyłączając.

- Nie wiedziałem, że Anglia jest aż tak rozmodlona.

- Nie umniejszając zasług Anglików dla religii, uczciwie zastrzec muszę, że wiele narodów oddaje się z równym nam zapałem tej duchowej posłudze.

- Otwierasz przede mną nowe światy, panie!

- A w każdym narodzie znajdziesz przykłady mężów, którzy życie całe, niemal od kołyski, tę formę oddania Panu praktykują.

- Wcześniej żem nie wiedział – mruknąłem – że i ta droga prowadzi do świętości.

- Podążamy drogą naszego Pana, który wieczerzając z apostołami, jedzenie obficie podlewał winem. Choć dodać muszę, że dla wywyższenia ducha nie lękamy się sięgać po inne trunki.

- Bo wiarę wyrażać można na różne sposoby – podchwyciłem.

Przytaknął, po czym jął wyliczać:

- Wino, tak z winogron robione, jak i z podlejszych owoców, w smaku zresztą wcale niezgorsze. Piwo warzone na różne sposoby, takie, które do głowy uderza od razu, i takie, które najpierw do nóg wędruje, by potem, rozchodząc się po wszystkich członkach, całe ciało objąć we władanie. O wódkach i nalewkach nie wspomnę, bo taka ich obfitość, że najtęższy umysł nie zdoła wszystkich spamiętać.

Z taką pasję przemawiał, że nie śmiałem przerywać. W nadziei, że zaznam choć namiastki uduchowienia, które na moich oczach stało się jego udziałem, wyjąłem świętą księgę z rąk Robinsona i jąłem czytać w miejscu, gdzie była otwarta.

Robinson, przemawiając, pogrążał się w religijnej ekstazie, ja zaś ujrzałem, że fragment, który wcześniej był odczytał, zaczyna się od słów: „Powszechne zepsucie”.

Robinson i kozia muzyka

Mój poczciwy Robinson po bezsennej nocy wstał z postanowieniem, że pora zostać artystą. Zamiast jednak najpierw w skrytości oszacować dystans między artystycznym zapałem a talentem, postanowił decyzję obwieścić nie zwlekając i całą Ziemię uszczęśliwić swą sztuką.

Jako że cała Ziemia Robinsona to, nikomu nic nie ujmując, jedna bezludna wyspa, a na niej Robinson i Piętaszek, padło, rzecz jasna, na mnie.

- Piętaszku – zaczął, wybiegając wzrokiem za horyzont, jakby w innym zgoła świecie przebywał i niechętnie obcych do niego dopuszczał – twój pan postanowił oddać się muzyce.

- Muzyce – powtórzyłem nie bez obawy, bo słowo zabrzmiało mi w uszach zgrzytliwie, jakby z języka dzikich Salamaków pochodziło.

- Muzyka, Piętaszku – ciągnął – jest sublimacją sztuki, ideałem, ku któremu winien dążyć każdy, kto ma odwagę artystą się nazywać.

Zastygł w pozie, jaką przybierają małpy przy wybieraniu pcheł i, wciąż patrząc ponad mą głową, jął wyjaśniać:

- Pisać? Toż pisarzem każdy, ciebie nie wyłączając, zostać może. Wahałem się więc jeszcze między malarstwem a muzyką, bo w obu tych sferach trzeba dużo więcej niż zwykłego sprytu do obracania jęzorem. Malarstwo, uznałem jednak po namyśle, niewiele od pisarstwa się różni, bo podobnie jak to drugie, urodę i plugastwo świata jeno opisuje, jest tylko niczym lustro, w którym świat się odbija. Cóż więc mi zostało?

Dał znak ręką, bym szedł za nim. Nie odwracając się, perorował dalej z niebezpiecznym zapałem:

- Muzyka, Piętaszku, jest koroną wszelkich sztuk! Nie opisuje, a przetwarza, nie odzwierciedla jedynie zastanej rzeczywistości, a nowe światy powołuje do życia. – Zanim zniknął w chacie, podniósł palec i dokończył: - Tajemnica. Jest, a przecież nauka zwie ją niebytem. Istnieje dla zmysłów, a ręką jej nie uchwycisz. Piętaszku, nadstaw uszu, niebawem zanurzysz się w Tajemnicę.

Kiedy wynurzył się z chaty, w pierwszej chwili uznałem, że z jakiegoś powodu pozbierał odpadki z ostatnich obiadów i kolacji. Rozpoznałem kozią skórę naciągniętą na kawałek wygiętego drewna, zakończonego deszczułką, do której umocował trzewia nieboszczki kozy.

- To właśnie muzyka? – domyśliłem się.

- Instrument, Piętaszku, za pomocą którego twój pan muzykę wyczarowuje.

Zaczął koniuszkami palców trącać napięte trzewia. I z miejsca pożałowałem, żeśmy kozę niefrasobliwie skazali na śmierć.

Zrobił przerwę, by zapytać:

- Co czułeś?

- Żal po nieboszczce kozie.

- Durny Piętaszku! – żachnął się i dalej jękliwie rzępoli. – Nie dano ci nawet tej odrobiny artystycznego smaku, z którym szczury i węże się rodzą.

- Jakże to?

- Znana to rzecz – ciągnął, nie przestając z zapałem szarpać kozie trzewia – że szczury za grajkiem choćby i w wodę skoczą. A wąż przy dobrym muzyku potrafi zatańczyć.

- Marne towarzystwo – mruknąłem.

- Jak ubogi jesteś duchem! Bóg zamknął przed tobą świat, do którego nawet bezrozumne zwierzę ciągnie jak do koryta.

- Niewiele żeś się pomylił! – tyle zdołałem wykrzyknąć. Zasłaniając uszy, zrobiłem w tył zwrot i wdrapałem się na skałę. Z bezpiecznej wysokości patrzyłem, jak z zarośli wypełza, wyfruwa i wybiega całe leśne towarzystwo, podobne do armii połączonej istnieniem wspólnego wroga.

Robinson i wyrzuty sumienia

Mój poczciwy Robinson, nie zważając na spiekotę, leżał plackiem na plaży, uwolniony od koziego kaftana, nagi tors i przyrodzenie wystawiając na słońce. Mijały godziny, a Robinson tkwił nieporuszony w piaszczystym grajdołku. Nie drgnął nawet, kiedy fale przypływu jęły muskać mu pięty. Lęk mnie zdjął, że duch opuścił ciało i Robinson zażywa już metafizycznych rozkoszy w umiłowanej Anglii, ziemskie członki skazując na zatracenie.

Zbliżyłem się ostrożnie i obiadem z pieczonych przepiórek jąłem drażnić mu nozdrza. Podniósł powieki.

- Odstąp – wycharczał.

- Bałem się, żeś zasłabł.

- Nic mi nie jest – wydusił nieprzyjemnie.

- Twoje spieczone ciało może być innego zdania.

- Odejdź, Piętaszku. Ciało skazuję na cierpienie, by ratować duszę.

Oho, jęknąłem, znów przez trzy dni zmagać się będzie z grzechem i wiecznym potępieniem, o jedzeniu zapominając.

Postanowiłem użyć podstępu:

- Posil, panie, ciało obiadem, a łatwiej ci przyjdzie zatroszczyć się o duszę.

Pociągnął nosem, łowiąc zapach pieczonego ptactwa.

- Podstępny Piętaszku, skoro dopadły mnie wyrzuty sumienia, mam myśli na obiedzie skupić?

- Wyrzuty sumienia? Wybacz, panie, ale pierwszy raz słyszę o takiej przypadłości.

Westchnął ciężko i przystąpił do wyjaśnień:

- Gdy zło i dobro toczą w tobie walkę, sumienie to głos naszego Pana, który daje ci w bok kuksańca, mówiąc, żeś w grzech zabrnął, ale masz jeszcze szansę zawrócić znad przepaści.

- Nie krzyw się, panie, ale takiegom głosu nigdy nie słyszał.

- Durny Piętaszku, jakże rzecz tak złożoną i niewymierną mam ci w dwóch zdaniach przedstawić? Spróbuję: sumienie odzywa się na podobieństwo żołądka. Kładzie ci się ciężarem grzechu i dech wstrzymuje, podobnie jak żołądek wypchany ponad miarę od przeżarcia spać ni oddychać nie daje.

- Nigdym nie cierpiał z przejedzenia. A bez jadła pięć dni bez wielkiej straty dla ciała mogę wytrzymać. Skoro więc radzę sobie z żołądkiem, którego obecność czuję na co dzień, to tym bardziej mógłbym się uporać z sumieniem, którego nigdzie u siebie nie wymacałem.

- Jako rzekłem, zjawiska tak subtelnego z natury swoim ubogim umysłem nie obejmiesz.

- Objaśnij, panie, rzecz na przykładzie, łatwiej mi będzie śledzić twą myśl.

- Widzisz ten kamień? – spytał, głowę unosząc i kamień wodą obmywany pokazując.

- Widzę.

- Z samego rana przypomniałem sobie grzech w młodości popełniony i od tej chwili ugniata mi sumienie, jakby ktoś kamień na mnie położył.

- Jakiż to straszny grzech po latach cię dopadł?

- Wyznam ci go, Piętaszku, bo skoro jego ohydę obnażę, łacniej może głos sumienia uciszę.

- Słucham, panie.

- Na miesiąc przed mą ucieczką na morze, brzegiem rzeki szedłem, kiedym ujrzał dziewczę nagie niemal, swoje dziewicze wdzięki nad praną bielizną pochylające.

- Dałeś upust chuci i biedną skrzywdziłeś? Zaiste, ciężki to grzech.

- Nie, durny Piętaszku! Do lupanaru pobiegłem i w domu płatnej miłości podobne tamtej dziewczę wyszukałem.

- Aha. I pewnieś swą ostrogą dźgał ją ponad miarę.

- Bodaj tam! Sama z alkowy nie chciała mnie wypuścić.

- Zatem jaki grzech sobie wyrzucasz? Oszukałeś ją przy zapłacie?

- Nie, wierny Piętaszku, uczciwe starania wynagrodziłem jej w dwójnasób. Rzecz w tym, żem pieniądze ojcu z kufra podebrał. Biedak przez cztery tygodnie sam wizyt w lupanarze musiał sobie odmawiać!

Robinson i zabójcze umiłowanie przyrody

Mój poczciwy Robinson zastąpił mi drogę, kiedym, nie zważając na skwar, szedł dokończyć karczowanie pola.

- Przepuść – przemówiłem łagodnie.

- Ani myślę! – Zamierzył się na mnie kijem.

Zostawiłem go tam, gdzie stał i, nadkładając drogi, ruszyłem na pole kamienistą ścieżką. Zaszedł mnie cichaczem od tyłu, po czym bez ostrzeżenia ciął kijem przez nogi z taką siłą, że przyklęknąłem.

- Boli! – jęknąłem.

- Cierp, morderco!

- Toż to tylko drzewo!

- Żywe stworzenie, które Pan nasz stworzył.

Podpierając się trzonkiem siekiery, dźwignąłem się na nogi.

- Sameś mówił – wystękałem – że wasz Bóg zezwolił człowiekowi czynić sobie ziemię poddaną.

- Ale powiedział też: „Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem”.

- Otóż to – argumentowałem. – To drzewo żadnych owoców z dawna już nie rodzi!

- Wolą Pana naszego jest to w każdej chwili zmienić – odparował.

- Pięknie – zakpiłem – ale Bóg papistów, ba, nawet Jego znacznie potężniejszy anglikański krewny, ziemi za nas nie wykarczuje.

- Karczuj ziemię na chwałę Pana i w trosce o nasze żołądki. Ale od drzewa wara!

Zdusiłem w sobie wściekłość i ozwałem się łagodnie, jakbym do kobiety w odmiennym stanie przemawiał:

- Zważ, panie, na korzyści. Jedno drzewo, nikomu ani niczemu nie służąc, płachetek najbardziej urodzajnej ziemi zajmuje. Orząc i obrabiając pole, co rusz muszę przeszkodę omijać. Zetnę je, a zboża dwakroć więcej zbierzemy.

- Durny Piętaszku, ty, w dziczy urodzony, widzisz świat małym, ja zaś swoim rozumem ogarniam niepomiernie więcej. Tyle ci powiem: porusz jeden kamień, a całą górę skażesz na zagładę. Z miłości do Pana Naszego, który za sprawą króla Henryka objawił chrześcijańskiemu światu prawdziwe, anglikańskie oblicze, drzewa, które był stworzył, do krwi ostatniej bronił będę.

Po tych słowach ujął kij krzepko i mocno się nim zamachnął, dając mi poznać, że prędzej spodziewa się mojej krwi utoczyć, niż swoją przelać.

Odczekałem do wieczora, mając nadzieję, że sen go zmorzy, a wówczas ja i siekiera przystąpimy do dzieła. Próżno się łudziłem. Krążył przy drzewie jak dziki Salamak wokół kotła z mięsną kolacją. Noc zapadła i w ciemności straciłem go z oczu, ale wciąż słyszałem, jak pełni wartę, krzykiem dodając sobie odwagi. W końcu senność mnie zmogła. Zasypiając, słyszałem rytmiczne postukiwanie i odgłos przerzucanej ziemi.

Kiedym rano otworzył oczy, z przerażenia serce podeszło mi do gardła. Robinson pod osłoną nocy wykopał rów, kierując wodę ze strumienia na pole. Obsiana zbożem płacheć zamieniła się w płytki staw, pośrodku którego wyrastało rachityczne Robinsonowe drzewo. On sam, usadowiony na konarze, oburącz uczepiony pnia, patrzył na mnie z góry.

- Póki żyję – wymamrotał szczękając zębami, podczas gdy uschłe drzewo, podmywane od korzeni, jęło na moich oczach przechylać się na bok – będę nasz piękny świat ratował przed zagładą!

Robinson i grzech pierworodny

Mój poczciwy Robinson dopadł mnie niespodzianie, kiedym korzystając z fali przypływu, w morzu zażywał kąpieli.

- Grzech – powiedział dziwnie piskliwie i wskazujący palec podniósł groźnym gestem, brudnym paznokciem mierząc we mnie.

Wynurzyłem się z morskiej toni, pod palącym spojrzeniem Robinsona okrywając dłońmi nagie przyrodzenie.

- Grzech na cały ród ludzki! – syknął donośniej. – W brudzie się rodzimy i w brudzie umieramy.

Wiatr powiał w moją stronę, przynosząc odór kaftana z koziej skóry i skrytego pod nim ciała, które Robinson tylko w napadach rzadkiego szaleństwa zmusza do kąpieli. Zamiast ugryźć się w język, odwarknąłem:

- Przed śmiercią nie zawadzi choć raz wziąć porządną kąpiel!

- W wodzie chrztu, grzeszny Piętaszku! Żadna inna z grzechu pierworodnego cię nie obmyje.

- Szczęście prawdziwe, że urodziłem się z dala od twojej chrześcijańskiej Anglii.

- Durny Piętaszku, od skazy grzechu pierworodnego żaden naród i żaden człowiek nie jest wolny.

- Jakże to?

- Wszyscy od jednych rodziców pochodzimy.

- Anglicy, Francuzi, Hiszpanie – a nawet dzicy Salamakowie?

- Żydzi, Murzyni, muzułmanie oraz, niestety, także i papiści.

- Straszny w tym waszym niebie mętlik musi panować.

Nasrożył się i huknął:

- Co też po głowie ci chodzi?

- Upchać ich wszystkich do jednego worka? I to na całą wieczność? Toż to gorzej, niż gdyby węża, małpę i psa zamknąć w jednej klatce.

Robinson uśmiechnął się dobrotliwie.

- Nasz dobry Bóg o wszystkim pomyślał. Na zbawienie i niebo, Piętaszku, trzeba sobie zasłużyć. Muzułmanin, Żyd, Murzyn i papista, jeśli zgubnej wiary się nie wyrzekną i wodą chrztu grzechu pierworodnego nie zmyją, nieba nie zaznają.

- Kamień spadł mi z serca – odezwałem się kpiąco. – Wolałbym mieć chyba dzikiego Salamaka za sąsiada niż papistę.

Pogroził mi palcem:

- Porzuć pychę. Nawet papista dostąpi zbawienia, byle na prawdziwą wiarę się nawrócił.

- W przeciwnym razie?

- Niech się smaży po wsze czasy w swym papistowskim piekle!

- Chyba pojąłem, panie – rzekłem i robiąc tajemniczą minę, przywołałem Robinsona do siebie. Kiedy podszedł, chwyciłem go za kaftan i wciągnąłem do wody, wołając: - Może wiarę jest zmienić równie łatwo, jak hycając z wyspy na wyspę. Ale kogoś, kto rozsiewa taki fetor, nawet do kotła Salamaków by nie wpuścili!

Robinson i melancholia

Mój poczciwy Robinson wynurzył się z głębi lasu i zmierzał ku mnie niespiesznym krokiem. Nie od razu go poznałem. Odział się w biały obrus, którym okrywamy stół tylko w porze wielkich świąt, na rozwichrzone włosy wcisnął wianek z żółto kwitnących chwastów.

Uznałem, że lepiej zrobię, nie zwracając na niego uwagi. Ze zdwojoną energią jąłem ciągnąć kozie wymiona, by zebrać mleko na poranny posiłek.

Kątem oka widzę, że doszedł do końca zagrody, zawrócił i uroczystym krokiem znowu maszeruje, mając tylko mnie i kozy za widzów. Przedefilował tak raz i drugi i widzę, że przestać nie zamierza. Nie wytrzymałem i, nie przerywając dojenia, przemówiłem łagodnie:

- W dziwnym cię widzę stanie.

Jakby tylko na to czekał. Przystanął, bokiem skierował się ku mnie, każąc mi podziwiać swój zarośnięty profil z kępą chwastów na głowie.

- A więc poznać to po mnie?

- Nie inaczej – przytaknąłem na wszelki wypadek.

- Bo widzę świat onirycznie, Piętaszku.

Nie słyszałem jeszcze o takiej chorobie, spytałem więc przezornie:

- Czy to aby nie zaraźliwe?

- Bez obawy, Piętaszku, ta przypadłość dotyka tylko filozofów i poetów.

- Boże anglikanów i papistów, miejcie mnie w swojej opiece!

- Oneiros, Piętaszku, oneiros na jawie miałem – obwieścił.

- Na pewno i na to jest ratunek – pocieszyłem.

- „Oneiros” po grecku właśnie sen znaczy.

- Nie możesz tego ludzkim językiem powiedzieć?

- W tym właśnie rzecz! We śnie owym doznałem objawienia, że ku wyższym celom winienem dążyć, od samego języka poczynając. Od dziś koniec z plugastwem wyświechtanych przymiotników! Koniec z pospolitymi rzeczownikami, których używałem jednako przy stole, na polu i w latrynie.

- Nadmiar słońca każdego zmoże – wyrwało mi się.

A Robinsonowi w to graj!

- Helios, durny Piętaszku! Od wschodu do zachodu greckie helios na niebie nam świeci. Gdy pomyślę, jak prostacko aż do dziś się wysławiałem, przemożna melancholia mnie ogarnia!

Zabrzmiało to jak nazwa nowej choroby, pospieszyłem więc z pytaniem. Robinson się zaśmiał.

- Melancholia? Od greckiego słowa „melankholiā” pochodzi, które czarną żółć oznacza.

- Dawniej dopadało cię zwykłe przygnębienie. Czyliż od dziś nawet kozy będą cierpieć na melancholię?

- Życie, Piętaszku, jest zbyt efemeryczne, by prostacką wulgarnością języka karmić się na co dzień.

- Efemeryczne? – powtórzyłem bez entuzjazmu.

- Od greckiego „ephemeros”, co oznacza „żyjącego jeden dzień ledwie”. Pora, Piętaszku, byś i ty, choć świadomy swego marnego pochodzenia, próbował choćby wykwintnym językiem ze swym panem się zrównać.

- Czas na jedzenie – powiedziałem, napełniwszy dzban mlekiem.

- Jedzenie? Durny Piętaszku, powołaniem twego pana jest ambrozja, pokarm greckich bogów.

- Coś ci rzeknę, panie. Nim helios na niebie zajdzie i efemeryczny dzień dobiegnie końca, przyjdziesz wyżłopać resztki prostackiej polewki z koziego mleka, które ci łaskawie zostawię.

Robinson i wybory miłości

Mój poczciwy Robinson przywołał mnie tuż po zachodzie słońca, kiedy szykowałem się już do spoczynku. Kazał mi siadać pod palmą, sam stanął trzy kroki ode mnie i przybrał tę niebezpieczną pozę, która w jego przypadku zwiastuje zapał kaznodziejski albo nadmierną ruchliwość zamieszkałego we wnętrznościach robaka, który razem z nim pałaszuje śniadania, obiady i kolacje.

- Co jest siłą napędową naszego ziemskiego żywota? – zaczął, kierując na mnie surowe spojrzenie.

Twarz oświetlał mi księżyc i wiedziałem, że w sen przed Robinsonem nie ucieknę. Nadstawiłem uszu, chcąc na początek się wywiedzieć, z którym z dwóch znanych wrogów dziś mam do czynienia.

– Miłość, Piętaszku – sam sobie odpowiedział, rękę kładąc w okolicy serca.

Zmartwiałem. Z dwojga złego wolę jego religijne kazania od nadczynności robaka, który w bebechach się wywracając, skazuje go na huśtawkę nastrojów, raz każąc mu rozmyślać o śmierci, innym razem wpychając w objęcia muzy, mnie zmuszając do słuchania nudnych strof o nieprzemijającej urodzie życia.

- Co wiesz o miłości, Piętaszku?

Zaskoczył mnie pytaniem, oczekiwałem bowiem raczej długiego wywodu o zwodniczych drogach miłości, okraszonego kilkoma metaforami dla ilustracji zjawiska i gwoli przestrogi.

- Diabli słono kosztuje – wyrwało mi się.

- Jakże to? – przysiadł na ziemi na wprost mnie.

- Nie każdego stać na taki wydatek. Żona kosztuje trzy dorosłe świnie, córka wodza dwakroć tyle.

- Durny Piętaszku! – poderwał się na nogi. – Miłość! Mówię o oceanie, na który wyprawiasz się każdej nocy, gdy we śnie myśli kierujesz ku ukochanej. Mówię o burzy, która z biciem serca potężnieje i porywa cię ku nowej a jakże wyczekiwanej krainie. O wietrze mówię, który wiekowe dęby muska jeno, a dorodnego mężczyznę zgina ku ziemi. O pożarze wreszcie, co dla świata całego niewidoczny pozostaje, a zakochanego spala jak pochodnię wiecznie płonącą ogniem bólu i pragnienia...

- Tylko deszczu jeszcze brakuje i trzęsienia ziemi – mruknąłem pod nosem, by zatrzymać ten potok literackich popłuczyn.

Ale Robinson w innym świecie już przebywał.

- Za jeden jej pocałunek gotów żem po ziemi się czołgać – jęczał w zachwycie. – Za błysk białego uda na okamgnienie odsłoniętego spod sukien i halek bogactwa całego świata bym oddał!

- Wolę, panie, byś moim majątkiem nie rozporządzał! – huknąłem.

Oprzytomniał. Wzrok miał dziki i nieprzyjazny.

- Miłość, durny Piętaszku, to jedyne bogactwo, o jakie warto zabiegać.

Dojrzałem dla siebie szansę, więc pociągnąłem wątek merkantylizmu i spytałem:

- Jakże też, powiedz, o nią zabiegasz?

- Wzdycham, robię słodkie miny i oplatam kobietę spojrzeniem. Dobrze jest też w jej obecności blednąć i rumienić się na przemian.

- Tylko tyle?

- Kupuję kwiaty, słodkości, bilety do teatru i pierścionki. Łzy rozstania z panieńskim stanem skutecznie osuszy złoty naszyjnik.

- Kosztowna to rzecz... – bąknąłem.

- Ale w nagrodę możesz odtąd nazywać ją żoną!

- Witaj małżeństwo, żegnajcie wydatki!

- Niezupełnie, Piętaszku – zmarkotniał po namyśle. – Zamarzy jej się nowa karoca – kupuj! Większy dom w mieście, posiadłość na wsi – kupuj! Olejne obrazy, włoskie gobeliny, francuskie meble, zamorskie smakołyki, czarna służąca...

- Trzos bez dna – podsunąłem.

- Szczęśliwie któregoś dnia dopada ją starość i myśli zaczyna kierować ku Bogu.

- Są więc i dobre strony starości – zaryzykowałem.

- Tak, Piętaszku, mało która młódka oprze się czarowi dojrzałego mężczyzny.

- Chcesz powiedzieć, że starość mężczyźnie przydaje uroku?

- Pieniędzy przydaje, durny Piętaszku! Nic tak nie rozkochuje młódek w starcach, jak pełny trzos.

Robinson i zdrowe podstawy ekonomii

Mój poczciwy Robinson od rana krążył po plaży, mocząc stopy w wodzie, nieosłoniętą głowę niefrasobliwie wystawiając na słońce. Znak, że dojrzewa w nim kolejny z jego pomysłów, przed którymi ludzkość, może wyjąwszy Hiszpanów i innych papistów, należałoby pilnie chronić.

Mając do wyboru towarzystwo Robinsona i odchwaszczanie pola patatów, wybrałem to drugie. Oczyściłem dwa zagony, kiedy zjawił się Robinson. Po zamyślonym wyrazie twarzy poznałem, że nazbyt się dziś nie napracował.

Przywołał mnie ruchem ręki. Chętnie przystałem na chwilę wytchnienia.

- Piętaszku – zaczął, usiadłszy na kamieniu – ekonomia opiera się na zdrowych podstawach.

- Zdrowy lekarza nie potrzebuje - przywołałem jego ulubione powiedzenie.

- Ekonomia, Piętaszku, czyli inaczej gospodarka rozpatrywana w całości tudzież indywidualnie.

Po mojej minie poznał, że nie zbliżyłem się na krok do zrozumienia istoty jego wywodu.

- Gospodarka, Piętaszku, to – zważ, daję ci tylko garść przykładów, resztę sam sobie dopowiedz – budowa statków, szycie trzewików, warzenie piwa czy choćby kopanie ziemniaków.

- Odchwaszczanie pola?

- W rzeczy samej.

- Z czego wnoszę, panie, że ty i ekonomia nader rzadko stanowicie parę.

- Jesteś w błędzie. Ja jestem głową, ty ręką trzymającą narzędzie. Podział pracy, to jedna z owych zdrowych zasad, na których ekonomia się wspiera.

- Zamieńmy się rolami, a i ja poczuję się zdrowiej.

- Nie mogę. Jam pierwszy zajął wyspę, więc w myśl praw rządzących światem mnie pisana rola gospodarza.

- Głód cię zmorze, to zakaszesz rękawy – mruknąłem.

- Jednym słowem ci odpowiem: podatek.

- Szczodry pan! Nawet słów mi skąpi!

- Podatek, wyłuszczę ci jak najprościej, to ukochane dziecko ekonomii, za którego przyczyną i Robinson jest syty, i Piętaszek głodny nie chodzi.

- Chętnie bym je poznał, kiedy dorośnie.

- Bóg nie bez powodu dał ci dwie ręce i każdą w pięć palców wyposażył, byś miał ich dziesięć. Po cóż to uczynił? Byś dziesiątą część wszystkiego, co na wyspie wyhodujesz, wyłowisz, upolujesz czy wykopiesz, mnie bez wahania przekazał.

- Podobnie i ciebie w dziesięć palców przysposobił.

- Bym tym łacniej co dziesiątą należną mi część mógł odliczyć.

I palcami się posługując, jął demonstrować zasadę, na jakiej dziesięcina się opiera. Kiedy skończył, zapytałem tylko:

- Z każdej rzeczy dziesiątą część winienem odliczyć?

- Sumiennie.

- Bez wyjątków?

- Zdrowa ekonomia wyjątków unika jak dżumy.

Odszedł zapowiadając, że wieczorem wróci, by sprawdzić, czy nauka weszła mi do głowy. Pojętny ze mnie uczeń, kiedy więc powrócił, czekały już na niego należne mu kokosowe orzechy i pataty – każdą sztukę na dziesięć części podzieliłem i co dziesiąty kawałek, w myśl zdrowych zasad ekonomii, przeznaczyłem Robinsonowi.

Robinson i teoria względności

Mój poczciwy Robinson w przypływie dobrego humoru uznał, że czas najwyższy zadbać o mą edukację.

- Jak myślisz, Piętaszku, jak daleko stąd do Księżyca? – spytał na początek, kijem naprowadzając mą uwagę na obiekt swych rozważań.

- Ze dwa dni drogi? – odparłem bez przekonania, bo nie znałem łodzi, w której taką drogę można przemierzyć.

- Durny Piętaszku, toć to dużo dalej niż do Anglii! Pewnie dalej nawet niż z Anglii na Czarny Ląd, gdzie słońce tak praży, że człowiek, już na świat przychodząc, ma czarną od gorąca skórę.

- Szmat drogi – przyznałem. – Ale chyba nie zbudowano jeszcze żaglowca, którym można na Księżyc dopłynąć?

- Chyba nie. – Westchnął.

- To po cóż się głowić?

- Postawiłem pytanie teoretyczne.

- Teoretyczne? – powtórzyłem usłyszane pierwszy raz słowo.

- Wierzymy, że coś jest realne, nie możemy tego jednak tymczasem dowieść.

- Nie do końca pojmuję, panie.

- W królestwie wiedzy świat dzieli się na zjawiska namacalne i nienamacalne, innymi słowy teoretyczne, czyli takie, które, jesteśmy przekonani, są równie realne jak kapusta z grochem do porcji dziczyzny, nijak jednak nie jesteśmy w stanie pochwycić ich w ręce, zmierzyć czy inaczej ułapić, choć całym swym jestestwem do tego dążymy, nierzadko tę porcję kapusty z grochem i dziczyznę czujemy już powonieniem, tym trudniej zatem przychodzi nam się tylko oblizać smakiem...

- Poczekaj! – przerwałem, bo nagle, na wyciągnięcie ręki, ujrzałem Minooto nagą od czubka głowy po obwieszone perłami stopy. I kiedym darmo wyciągał ręce, by ją pochwycić, pojąłem różnicę między światem zjawisk namacalnych i nienamacalnych, czyli istniejących teoretycznie. – Chyba już rozumiem, panie – bąknąłem bez entuzjazmu.

- Zapomnij tymczasem o Księżycu – ożywił się – prostszy przykład ci podam. Na początek przypomnij, ile masz lat?

- Według waszej miary, siedemnaście. Jużem ci tłumaczył, że u nas czas dzieli się nie inaczej jak na dzień i noc.

- Otóż czas właśnie jako zjawisko nienamacalne doskonale mą myśl tłumaczy. Nikt jeszcze czasu palcem nie dotknął, a przecież istnieje, skoro z roku na rok każdemu siwych włosów przybywa, a ubywa zębów i potencji.

- I na to są sposoby – wtrąciłem. – Odrobina wężowej maści nawet umrzykowi na jedną noc przywraca męskość.

- Ale czasu, Piętaszku, nie zatrzymasz. Dożywasz pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat i już zbijają dla ciebie sosnowe deski.

- Bez wyjątku?

- Bywają i tacy, którzy osiemdziesiątki dobiją, ale to fenomen nader rzadki.

- Kiedy i na to jest sposób. Gdyby rok zgodnie z waszymi porami roku podzielić na cztery, to miast pięćdziesięciu lat, żylibyście cztery razy dłużej.

- Bzdury pleciesz!

- Tylko teoretyzuję. Gdyby z kolei się umówić, że za jeden rok przyjmujemy wasze cztery ziemskie lata, to kończyłbyś żywot – pomogłem sobie na palcach – w wieku ledwie dwunastu lat.

- Cudaczne myślenie! – sarknął.

- Ale teoretycznie, przyznasz, rzecz jest możliwa. Czyż wszystko nie zależy od tego, względem jakiej wartości umawiamy się czas odmierzać? – Tłumaczyłem mu jeszcze długo, i, przyznaję, niezręcznie się czułem, zmuszony wobec Robinsona wyłuszczać rzecz tak oczywistą, jak teoria względności.

Robinson i małżeńska asymetria

Mój poczciwy Robinson przyłapał mnie na tym, że ze skupioną miną rysuję patykiem po piasku. Źle widać odczytał mój stan ducha, bo poklepawszy mnie po ramieniu, zapytał:

- Tęsknisz za swoimi?

- Nieszczególnie – odparłem i stopą starłem rysunek, w którym nawet ja z trudem bym rozpoznał kształtne ciało Minooto.

- Jakże to, nie brak ci rodziny?

- Zależy kogo masz na myśli. Samych braci doliczyłbym się trzydziestu, o siostrach nie wspomnę. Nawet imion wszystkich nie pamiętam.

- Widać kobiety u was są wykonane z innego tworzywa.

- Tatuś, zanim skończył w kotle Salamaków, żenił się bodaj z dziesięć razy.

- Taka niestałość w uczuciach, mój Piętaszku, woła o naganę.

- Raczej na nagrodę zasługuje. Utrzymać chmarę żon, każdej zapewnić dostatek na miarę małżonki wodza, o jej bliższych i dalszych krewnych nie zapominając. A i tabunowi dzieci zapewnić godną przyszłość...

- W chrześcijańskiej Anglii skończyłby na szubienicy!

- Jakże to?

- Przed Bogiem jednej tylko kobiecie można ślubować miłość.

- Nawet dla króla nie czynicie wyjątku?

- Jedynie śmierć zwalnia z danej przed Bogiem przysięgi.

- Biedna ta wasza Anglia, skoro król, opływając we wszystko, jednej tylko kobiecie zapewnia dostatek. Wstyd to słyszeć.

Poderwał się z ziemi.

- Hola, hola! Henryk VIII, świeć Panie nad jego duszą i podagrą, miał sześć żon.

- A jednak!

- Nie myśl pochopnie. Katarzynę, swą pierwszą żonę, kochał nad życie, ale nie dała mu męskiego potomka, Henryk zaś dobro królestwa mając na względzie...

- Czemu nie kończysz, panie?

- ... w trosce o los państwa zmuszony był ją oddalić.

- Co dalej?

- Wziął za żonę Annę Boleyn.

- Czy Katarzynie nie przed Bogiem ślubował?

- Przed Bogiem papistów! Szczęśliwie prawdziwy Bóg pozwolił mu przejrzeć na oczy. I już z Jego anglikańskim błogosławieństwem Henryk powiódł Annę przed ołtarz.

- Chyba niedługo cieszył się szczęściem. Na cóż biedaczce się zmarło?

- Straciła głowę. Henryk z żalem oddał ją katu. A czy miał inne wyjście, skoro suka swe królewskie ciało oddawała innym mężczyznom? Dla dobra królestwa Henryk niespełna dwa tygodnie później poślubił Jane Seymour. Jane dała mu męskiego potomka, zmarła jednak po porodzie.

- Czwartą była...

- Anna Kliwijska. Okazała się tak szpetna, że Henryk nie mógł się zmusić do intymnego obcowania. Na tej podstawie pół roku później wziął z nią rozwód i jeszcze tego samego miesiąca według przepisów kościelnych przez niego samego ustanowionych poślubił Katarzynę Howard.

- Skończyły mi się palce u jednej dłoni.

- Szóstą była Katarzyna Parr, ta jednak przeżyła Henryka.

- Nie powiedziałeś jeszcze, jaki los spotkał mój piąty palec.

- Katarzyna Howard za niewierność została ścięta.

- Szczęśliwa Anglia – zakpiłem – skoro jej władcy w trosce o kraj skłonni są aż do takich poświęceń. Powiedz mi jeszcze, panie, jak radził sobie na tronie męski potomek Henryka, o którego tenże tak się starał?

Długo jeszcze rozmyślałem nad odpowiedzią, której Robinson mi udzielił, za każdym razem dochodząc do wniosku, że Bóg anglikanów niewiele się różni od Boga papistów, skoro Henryka sprawiedliwie ukarał córką na królewskim tronie.

Robinson i kolaboracja z wrogiem

Mój poczciwy Robinson z pierwszym brzaskiem dnia wyruszył w głąb wyspy, skuszony obietnicą łatwych łowów. Nie wiedzieć czemu ubzdurał sobie, że w gęstym lesie, który dotąd omijaliśmy szerokim łukiem, tłustsze rodzą się kozy i cięższe kapłony, tylko czekające, by je pochwycić i upiec nad ogniem.

– Bacz, by z myśliwego samemu nie stać się zwierzyną – mruknąłem bez nadziei, że zmieni decyzję.

– Piętaszku – przemówił z lekceważeniem – kto tchórzem się urodził, tchórzem umiera.

Chcąc nie chcąc podążyłem za nim. Drzew przybywało, za to nieba nad głową ubywało z każdym krokiem i nim na dobre zdążyłem się przestraszyć, tkwiłem w leśnej gęstwinie jak małpa w klatce u Salamaków.

– Panie – odezwałem się – w takiej dziczy jaszczury lubią urządzać sobie legowisko.

Jakbym wypowiedział te słowa w złą godzinę. W gęstwinie po mojej lewej stronie zaszumiało, krzaki rozchyliły się i dorodny samiec wynurzył się niespiesznie. Stał wlepiając w nas ślepia, równie zdziwiony naszym zjawieniem się, jak ja wylękniony byłem widokiem jego żółtych zębów, które, ziewając, nam pokazał.

Rzuciłem się do najbliższego drzewa, ale Robinson okazał się szybszy. Odepchnął mnie i w chwilę potem widziałem już tylko jego pięty, kiedy z wprawą młodzieniaszka wdrapywał się na wysoką gałąź.

Usłyszałem tupot i odwróciłem się, by spojrzeć śmierci w oczy. Nogi ciążyły mi jak kamienie. Gad stanął trzy kroki od mnie, najwyraźniej zdziwiony, że nie uciekam. Dojrzałem dla siebie nadzieję. Jeżeli nie drgnę, uznałem, bestia weźmie mnie za kamienny głaz i odejdzie.

Pożegnałem się szybko z nadzieją, bo Robinson, zerwawszy z drzewa dorodny owoc, cisnął nim z całej siły. Nie w gada celował, ale we mnie! Zwaliłem się na ziemię, w ostatniej chwili wyszarpując nóż zza pasa. Bestia opadła na mnie całym ciężarem i odór zgnilizny owionął mi twarz, kiedy rozwartą paszczą zamierzył się na mnie, moją szyję obierając sobie za cel. Z gęby śmierdziało mu tak przemożnie, że ratując się przed uduszeniem, uzbrojoną ręką dźgnąłem niemal na oślep. Ostrze zapadło się między kły, zanurzając się aż po trzonek w brunatną gardziel. Zwierz chrapnął raz i drugi, zadygotał i zwalił się bez życia na mnie.

Resztkami sił wygrzebałem się spod potwora. Oddychałem ciężko, niezdolny ruszyć ręką ani nogą. Raptem ziemia się zatrzęsła. Kątem oka wypatrzyłem, jak Robinson podnosi się spod drzewa i masując obolały krzyż, na palcach podkrada się do nieruchomego cielska. Stał, długo się przyglądając, wreszcie przeraźliwie zawył, podniósł kamień i cisnął nim w martwego gada.

- Wstań, tchórzliwy Piętaszku – wysapał. – Nic ci już nie grozi.

Usiadłem, bo sił na więcej mi nie stało.

- „Tchórzliwy”? Któż jak nie ty na drzewo uciekł?

- By lepiej się rozeznać w sytuacji. Z góry więcej widać. Szykowałem się do heroicznego skoku na bestię.

- Heroicznie ściskałeś gałąź, żeby nie spaść!

- Tchórzostwo, Piętaszku, mógłbym ci wybaczyć. Ale nie kolaborację!

Zakrztusiłem się. Czerwony na twarzy, kasłałem, walcząc o oddech, a Robinson, z każdą chwilą pewniejszy siebie, niemal wykrzykiwał:

- Wszystkom widział! Jak nachylał się nad tobą, jak szeptaliście sobie do ucha!

Pomyślałem, że ze strachu rozum mu odebrało. Dusząc w sobie gniew, przemówiłem cierpliwie:

- Broniłem, panie, swojego i twojego życia.

- Układając się z wrogiem?

- Układając się? Któż jak nie ja gadzinie ostrze w gardziel wepchnął?

Nachylił się nade mną i groza mnie wzięła, bo spojrzenie miał przytomne, kiedy przemówił:

- Boś i jego przechytrzył! Widać zdrada od urodzenia jest wpisana w twoją naturę.

Robinson i szczęście wieczne

Mój poczciwy Robinson już od wschodu słońca dziwnie na mnie popatrywał. Szczęśliwie w porze obiadu zaszył się w chacie. Długo nie wychodził i miałem już nadzieję, że nażłopał się palmowego wina i twardo zasnął, a po przebudzeniu zapomni o wszelkich fanaberiach. Wynurzył się wszakże. Przywdział na nagie ciało to samo białe prześcieradło, w którym przed miesiącem, dotknięty niestrawnością i nostalgią za ojczystym Yorkiem, położył się do łóżka i uparł się umierać.

- Nastał twój szczęśliwy dzień – zapowiedział uroczyście.

Oho, pomyślałem, znowu uraczył się podejrzanymi liśćmi z dna parowu i mnie będzie próbował w nałóg wciągnąć.

- Dziękuję, panie – spróbowałem się wymówić – od żucia twoich tytoniowych specjałów dostaję skurczów żołądka.

- Głupiś, Piętaszku. Dziś przybliżę ci szczęście, które kiedyś, szczerze wierzę, stanie się i twoim udziałem.

Każe mi spuszczać czółno na wodę. Mina mi zrzedła, bo o tej porze rekiny, nauczone wypatrywać poobiednich odpadków, podpływają pod brzeg. Robinson niczyich rad słuchać nieskory, wiosłuję więc wytrwale, kierując czółno w głąb morza. Wreszcie sam każe mi zaprzestać. Złożyłem wiosła.

- Piętaszku – odzywa się – przywołaj przed oczy wyobrażenie szczęścia, z którym nic na tym świecie niezdolne jest się równać.

Przyznaję, jak żywa stanęła mi przed oczami smukła Minooto, z której piersiami i resztą przyległości zacząłem nawiązywać bliższą znajomość tuż przed feralnymi wydarzeniami, jakie ostatecznie przywiodły mnie na wyspę Robinsona. Nie chciałem zdradzać ukrytych myśli, podszedłem go więc od kuchni:

- Marzy mi się młody warchlak nadziewany orzechami, nacierany miodem i majerankiem, opiekany w koszulce z palmowych liści na brytfannie, żeby tłuszcz się nie marnował.

Widzę, że i jemu ślinka pociekła. Opanował się wszak i mówi:

- Skoro tak, wystaw sobie, że dostąpić możesz szczęścia wielekroć bardziej pożądanego, przy którym twój warchlak jest ledwie przekąską.

- Mów dalej, panie!

- Twoim powołaniem jest szczęście wieczne.

- Wieczne? – powtórzyłem podejrzliwie.

- Trwa nieprzerwanie i nigdy się nie skończy.

- Coś jak dzień bez zachodu słońca?

- Poniekąd.

- Toć to nudne, panie.

- Zaręczam ci, że po tamtej stronie rachuba ludzka nic nie znaczy.

- O jakiej stronie mówisz, panie? – Głos mi się łamał, bo wiatr przybrał na sile i czółno skakać jęło na falach pośród rekinich grzbietów.

- Szczęście wieczne, Piętaszku, dostępne jest po śmierci.

- Pięknie dziękuję! Moja głowa i cała reszta mają się całkiem dobrze po tej stronie.

- Durny Piętaszku! Ze szczęściem w zaświatach nic nie może się mierzyć.

- Nawet twój York?

- York? Szczęścia wiecznego za całą Anglię bym nie wymienił!

- Skoro tak twierdzisz, panie...

- Więcej ci rzeknę: gdyby ludzką miarą szczęście wieczne mierzyć, to żyjąc w zaświatach jakbym Anglię, Francję a nawet papistowską Hiszpanię miał na własność!

- Z twoim ukochanym Yorkiem?

- York miałbym jak na wyciągnięcie ręki!

Żal mi się było z Robinsonem rozstawać, uznałem jednak, że jego dobro nade wszystko winienem mieć na względzie.

- Wracaj zatem do Yorku, panie – rzekłem i zamachnąłem się wiosłem.

Odchylił się przytomnie, doskoczył i w gębę tak mnie zdzielił, że padłem bez tchu na pokład. Sam chwycił się wioseł i w kilka minut dobiliśmy do brzegu. Trwożnie oglądając się na mnie przez ramię, dopadł chaty i od środka się zaryglował.

Robinson i metafizyka snów

Mój poczciwy Robinson wyrwał mnie ze snu przeraźliwym krzykiem.

Wybiegłem z chaty, nie wiedząc, czy ziemia się zatrzęsła, czy dzicy Salamakowie nocą przybili do brzegu.

Trąc zaspane oczy, rozejrzałem się. Ziemia ani myślała się rozstępować, a brzeg, jak okiem sięgnąć, znaczyły jedynie wyrzucone falą przypływu wodorosty. Robinson, na wpół ubrany, siedział na plaży, twarzą zwrócony ku morzu, nie bacząc, że nacierająca woda zalewa go po pas.

„Ani chybi miłość – uznałem – przed porą deszczową nawet żółwie na potęgę łączą się w pary”.

Kiedym podszedł i zajrzał mu w twarz, lęk mnie zdjął. Spojrzenie miał nieobecne, jakby w innym zgoła świecie już przebywał. Widać dopadła go platonia, najgroźniejsza z odmian miłosnej choroby.

- Panie – odezwałem się łagodnie, klepiąc go po ramieniu – sameś mówił, że nawet po najczarniejszej nocy słońce wschodzi.

Ledwo na mnie spojrzawszy, wyrzucił z siebie smętnie:

- Nie będzie więcej nocy, nie będzie wschodów słońca. Koniec już bliski, Piętaszku.

Ucieszyłem się. Porażenie słoneczne stokroć łatwiej wyleczyć niż niespełnioną miłość.

- Czas na śniadanie – rzuciłem dla odwrócenia jego uwagi.

- Czas? – Podniósł zakrzywiony palec, jakby reumatyzm go chwytał. – Tak, Piętaszku, zegar już tyka. Ziemska siła go nie zatrzyma.

- Tylem razy przestrzegał – mruknąłem pod nosem – by nie wystawiać się na południowe promienie bez kapelusza.

- Sen miałem! – przerwał mi raptownie. – Przyśniło mi się tykanie zegara. We śnie rozglądałem się, alem zegara nigdzie nie widział. Strach mnie chwycił i ze strasznym krzykiem zbudziłem się z tego koszmaru.

- Twój anglikański Bóg mógł był cię obdarzyć mocniejszym snem – mruknąłem.

- Słyszysz? – syknął, palec kładąc na ustach. – Wciąż tyka.

Kiwnąłem potakująco głową. Nic nie słyszałem.

- Tykanie zegara słychać – podjął – a zegara nie widać. Co Bóg chce mi przez to powiedzieć?

- Żebyś nie obżerał się tłustym mięsem na kolację.

- Metafizyka, durny Piętaszku! Bóg mówi, że koniec świata niedaleki. Z każdym ruchem niewidzialnego wahadła godzina Apokalipsy się zbliża.

- A pora śniadania mija...

- Życie przepadło, pal je diabli. Ale duszę, duszę ratować trzeba.

- Masz na to sposób?

- Na początek rozdam wszystko, co mam.

- Niewiele tego.

- Wzniosę Panu świątynię.

- Najlepiej taką – bąknąłem – co ma maszt i żagle i na wodzie zdolna jest się utrzymać.

- Ochrzczę twoją pogańską duszę.

- Bardzo proszę – zgodziłem się, nauczony, że wariatowi lepiej się nie sprzeciwiać.

- Wiem! – oczy mu rozbłysły – wyprawię się łodzią do kraju Salamaków. Będę ich nawracać!

- Skończysz w kotle – ostrzegłem.

- Da Bóg, wcześniej choć jedną dziką duszę ocalę!

Więcej słuchać nie zamierzałem. Mówił jeszcze, jak to Bóg i Pan Nasz znajduje upodobanie zwłaszcza w męczennikach zdolnych do największych poświęceń, ja zaś podniosłem gładki kamień i wyczekawszy chwili, gdy odwrócił wzrok, zdzieliłem go w głowę.

Wziąłem bezwładnego na plecy, zaniosłem do chaty i złożyłem do łóżka. Sam przysiadłem obok, czekając. Ocknął się niezadługo. Ujrzawszy mnie, gębę rozciągnął w uśmiechu i masując się po głowie, rzekł:

- Sen miałem, Piętaszku. Jechałem konno z Yorku do wiejskiej posiadłości ojca. Koń mnie zrzucił i jak długi runąłem na ziemię.

- Narowista bestia – podjąłem ostrożnie.

- Cóż za widoki, Piętaszku! Soczyście zielone pola i dziewki w podkasanych kieckach, bieliznę piorące w rzece. Ach! – westchnął – piękna ta nasza Anglia!

Robinson i wolność wyboru

Mój poczciwy Robinson musiał wstać pierwszy, bo kiedym się przebudził, czekał już na mnie, by zapytać:

- Jakże ci się spało?

Od razu jasnym mi się wydało, że za pytaniem kryje się więcej niż troska o gnaty Piętaszka. Odparłem, skrywając podejrzliwość:

- Nienajgorzej.

- Wiatr w nocy ostro zawiewa?

- Zawiewa – przyznałem. Nie uszło mej uwagi, że Robison oczy ma podpuchnięte, jakby w nocy ani chwili nie przespał.

- Przynoszę ci dobrą nowinę – oznajmia. – Nastał kres twojej udręki.

Różne myśli jęły przebiegać mi przez głowę, a wśród tychże, nie ukrywam, była i nadzieja, że moja słodka Minooto jakimś cudem zawitała na wyspę i od dzisiaj już w zgodnym duecie będziemy zgłębiać tajemnice ciała.

- Taaak? – stęknąłem zdawkowo, wygrzebując się niemrawo z dołka, w którym okopałem się na noc.

- Chodź ze mną – przynaglił, i nie oglądając się, ruszył pierwszy w górę urwiskiem.

Podążyłem za nim niechętnie, bo droga pięła się stromo, a kamienie raniły mi stopy. Zziajany, dołączyłem wreszcie do Robinsona na szczycie urwiska. Morze rozciągało się w dole szerokim łukiem, odległy horyzont skrzył się w słońcu szmaragdem wody.

- Piętaszku – odezwał się – tu stanie nasz nowy dom!

Zaśmiałem się w duchu. Głośno powiedziałem:

- Jeśli tam, w dole, chata wiatrowi się nie oparła, to w górze pierwszy podmuch zwieje nas prosto do morza.

- Postawimy dom z kamienia!

- Skąd weźmiesz budulec? – bąknąłem, rozglądając się po urwisku nagim jak ogryziona czaszka.

- Kamieni jest pod dostatkiem, i to niemal na wyciągnięcie ręki – oznajmia i pokazuje skalistą drogę, którą właśnie przebyliśmy.

- Nie gniewaj się, panie – podjąłem oględnie – ale nie wyglądasz mi na siłacza.

- Dlatego podzielimy się pracą. Ja przygotuję plany budowy i wytyczę teren, tobie przypadnie tylko zgromadzenie budulca.

- Pięknie dziękuję, ale pomysł nie przypadł mi do smaku.

- Nie chcesz przyłożyć ręki do wspólnego dzieła?

- Nie, jeśli wspólne dzieło sam mam zbudować.

- Zapominasz, że każdy kij ma dwa końce.

- Nie żałuj sobie! Wolę posmakować kija od dwóch stron, niż złamać grzbiet dźwigając kamienie.

- Głupiś, Piętaszku. Posłużyłem się ludową mądrością, którą zna każde dziecko w mej ojczystej Anglii. A jej sens jest taki, że tak jak każdy kij ma dwa końce, tak każda sytuacja ma dwie krańcowo różne strony.

- Proszę jaśniej, panie.

- Albo się nagniesz i będziesz zbierał kamienie...

- Albo?

- ...albo będziesz spał pod gołym niebem, jednako narażony na deszcz, wiatr i ptasie gówno.

- Ile końców widzisz, panie? – dobyłem zza paska solidną procę, z którą nawet w nocy się nie rozstaję.

Wydukał coś niewyraźnie. Ja zaś, puszczając się raźno w dół stoku, rzuciłem mu na odchodnym:

- Coś mi się widzi, panie, że z dwóch końców kija wybiorę ten trzeci. – Jeszcze tego samego dnia na miejsce zniszczonej przez wiatr chaty zacząłem stawiać niedużą lepiankę, lokum w sam raz dla jednego Piętaszka.

Robinson i cywilizacyjna przepaść

Mój poczciwy Robinson nie mógł się nadziwić, że od rana milczę i na żadne pytania nie odpowiadam. Przerwałem milczenie dopiero po zachodzie słońca.

- Głód cię przygnał? – syknął, kiedy dosiadłem się do ogniska i wreszcie się odezwałem.

Odkroiłem płat koziny i żując, rzekłem:

- Musisz wiedzieć, że przyrzekłem sobie ślubem milczenia uczcić każdą rocznicę śmierci mego nieszczęsnego ojca.

- Na co mu się zmarło?

- Rzec można, że z gorąca. Skończył w kotle Salamaków.

- Okrutna śmierć! Musiał się wycierpieć.

- Przed włożeniem do kotła napoili go wywarem z górskich maków, by nic nie czuł. Na szczęście godnie się z nim obeszli. Po ugotowaniu poćwiartowali i co lepsze kawałki zjedli.

- Zjedli? – wybałuszył oczy.

- Nade wszystko serce. Tatuś cieszył się sławą wielkiego wojownika. A że znany był też z męskiego wigoru, o przyrodzenie Salamakowie ciągnęli losy.

- Biedny Piętaszku! Jakże okrutnie los się z tobą obszedł.

- Odpłaciłem im pięknym za nadobne! Syna wodza Salamaków schwytałem, ugotowałem i podzieliłem. Żaden był jeszcze z niego wojownik, więc chętnych do jedzenia za wielu nie było.

- Dzikie obyczaje! – Sam odkroił mi płat mięsa i podsunął. – Jeśli dane nam będzie zaznać szczęścia ujrzenia mego rodzinnego kraju, poznasz świat, gdzie człowiek z człowiekiem po ludzku się obchodzi.

- Nikt nikomu życia nie odbiera?

- No, i to się zdarza... Ale morderca po schwytaniu przed sądem staje i ponosi zasłużoną karę.

- Jaki los go czeka?

- Szubienica. Chyba że podniósł rękę na władzę królewską. Albo wiarę papistowską szerzył.

- Co wtedy?

- Za zdradę stanu jedna jest kara: wleczenie, wieszanie i ćwiartowanie.

- Wybacz, panie, ale gdy trzy obrazy na siebie się nakładają, mgła oczy mi zasnuwa.

- Wyłuszczę ci po kolei. Skazaniec wleczony jest po ziemi z więzienia aż na miejsce straceń. Piękny to widok dla tłumów zgromadzonych na drodze. Choć z entuzjazmem należy uważać, bo przy niewprawnym kacie więzień umiera, zanim zarzucą mu pętlę na szyję. Takie niechlujstwo, szczęśliwie, rzadko się zdarza. Następnie kat funduje mu szubienicę, ale baczy, by łotra tylko solidnie poddusić i spuścić na deski, zanim kark sobie skręci. Musi żyć jeszcze, kiedy będą przecinać mu kałdun i na jego oczach bebechy wyciągać. Na samym końcu obcinają mu głowę i wreszcie ćwiartują.

- Dość, panie! – jęknąłem, czując, jak niestrawiona kozina podchodzi mi do gardła.

- To nie wszystko jeszcze. Papistowskim wichrzycielom ucina się przyrodzenie, by bardziej odczuli ogrom swej winy.

- Nie wierzę, panie...

- Sam widziałem. W całej Anglii nie masz ulubieńszej rozrywki nad widok kary sumiennie i bez pośpiechu wymierzanej. Miałem dziesięć lat, kiedym pierwszy raz dostąpił tej przyjemności. Mój szacowny ojciec zawiózł nas całą rodziną do londyńskiego Tyburn. Godne, historyczne miejsce, wieszają tam i ćwiartują już od bodaj trzech wieków. Choć tamten akurat dzień nienajlepiej wspominam. Sądzili Johna Jamesa, jednego z buntowników, którym zachciało się zaprowadzić szczęście wieczne na ziemi ponad głową naszego ukochanego króla. Kat okazał się tak niezręczny, że James już na szubienicy wyzionął ducha i reszta spektaklu nędznika ominęła.

Mówił jeszcze długo, ja zaś przeczesując wzrokiem nocny horyzont, pocieszenia szukałem w myśli, że łodzie Salamaków częściej jednak przybijają do wyspy niż angielskie statki.

Robinson i arytmetyka wiary

Mój poczciwy Robinson podkradł się bezgłośnie i bez słowa ostrzeżenia zdzielił mnie kijem przez nieosłonięte plecy.

- Za co, panie?

- W imię chrześcijańskiej miłości!

- Zbytek łaski – bąknąłem, masując obolałe miejsce.

- Odstąp od tego pogańskiego kamienia! – krzyczy i znowu zamierza się kijem.

- Jeszcze nie skończyłem.

- Gubisz swoją duszę!

- Bo dbam, byś nigdy głodny nie chodził? – odpaliłem. Resztą koziego mleka zrosiłem jak należy kamień zapewniający obfite plony.

- Durny Piętaszku, od wylewania mleka zboża nie przybędzie!

- Zależy, panie. Gdyby polać święty kamień od strony porośniętej mchem, do tego po zachodzie słońca, bez oddania należnych słońcu pokłonów, wówczas, masz rację, pole nawet chwastami nie obrodzi.

- Ciemny Piętaszku, modlitwy zanosisz do słońca?

- W tajemnicy ci powiem, że prywatnie większą czcią otaczam księżyc. Ale dla zapewnienia dobrych połowów i księżyc nie wystarczy. By ubłagać boga morza, dobrze jest sześcioletniego kozła wyrzucić o północy do wody. A najlepiej złożyć od razu dwa kozły, bo bóg wiatru gotów się obrazić i łódź wywróci.

Odłożył kij i przysiadł na wprost mnie. Minę miał uroczystą jak przy niedzielnym obiedzie.

- Więc dowiedz się, biedny Piętaszku, że prawdziwy Bóg jest tylko jeden.

- Jeden? – powtórzyłem.

- Jeden, jedyny i prawdziwy.

- Chcesz powiedzieć, że do innych nie trzeba się modlić?

- Innych nie ma, durny Piętaszku! – Dźwignął się na nogi. – Czy i ty chcesz Go uznać za swojego?

Szybko przeliczyłem w myślach, jakie zyski mógłbym poczynić na zaoszczędzonych mięsnych ofiarach, o czasie i fatydze nie wspomnę.

- Skoro jest, jak mówisz... – wydukałem ostrożnie.

- Powtarzaj więc za mną: „W imię Ojca, i Syna i Ducha Świętego...”

- To już trzy palce – przerwałem mu skonfundowany.

- Bo Bóg jest jeden, ale w trzech osobach.

- Jesteś pewny, panie?

- Apostołów było dwunastu, przykazań dziesięć, czterdzieści pokoleń Izraela, a ewangelistów czterech. Papiści, niech nigdy nie dostąpią zbawienia, wierzą jeszcze w świętych: złodzieje modlą się do Mikołaja, strażacy do Floriana, a upadłe kobiety do Marii Magdaleny....

- Dużo tego, panie – jęknąłem. – Nie spamiętam.

- Na początek wystarczy ci wiedzieć, że Bóg, który jest w trzech osobach, stworzył człowieka na swój wierny obraz i podobieństwo.

- No to piękne wieści mi przynosisz, panie! – sarknąłem i ruszyłem po nowy zapas ofiarnego koziego mleka. – Skoro jest nas sześciu, muszę bardziej przyłożyć się do pracy.

Robinson i literatura

Mój poczciwy Robinson przy pełni księżyca do cna się przemienił.

- Cóż się dzieje, panie? – odważyłem się spytać, gdy tak zmienionym go zastałem.

- Literatura, mój durny Piętaszku. Literackie powołanie jak raz upomniało się o twojego pana.

Zaiste przykra to przypadłość, bo literacko odmieniony jęczy, włosy z głowy wyrywa, pięściami wymachuje, że ani przystąp.

Zebrałem się wszak na odwagę i odczekawszy czas jakiś, podszedłem bliżej. Nadzieja mi wróciła, bo przy łuskaniu fasoli go zastałem. Ledwo skończył z fasolą, nie dając odpocząć palcom, do obierania cebuli się bierze. Rękawem łzy co rusz ociera.

- Nie ma na to lekarstwa? – podchwyciłem z lękiem, bo za przykładem Robinsona i mnie łzy do oczu napłynęły.

- Jedyne remedium to pozwolić słowom znaleźć ujście.

- Zatem mów, panie. Zamieniam się w słuch.

- Literatura, durny Piętaszku, to słowa spisane na papierze!

Uznałem, że czas najwyższy bliżej poznać naturę choroby. Usłyszawszy pytanie, Robinson uśmiechnął się wyrozumiale.

- Przystępnie ci to wyłożę. Literatura jest niczym lustro, w którym świat, przejrzawszy się, nijak się nie rozpozna.

„Trochę to mętne” – uznałem w duchu, lecz niezrażony pytam: - Poza papierem, atramentem i zapasem zaostrzonych piór, czegóż jeszcze literatowi trzeba?

- Sprytu. Opowieść tak układasz, by każdy w gąszczu znaczeń się zagubił. Głów koronowanych nie tykasz, dopóki na karku się trzymają. Tezę mieszasz z antytezą, bo, zważ dobrze, cnotliwość z zepsuciem ręka w rękę idą przez świat. A i perwersja w rozsądnej dawce wcale nie zawadzi.

- Perwersja? – powtórzyłem nowe dla mnie słowo.

- Nieszczęśliwa miłość – wyjaśnił z westchnieniem, biegnąc wzrokiem ku zagrodzie z kozami.

- Wieleś już, panie, napisał?

Zbył mnie ruchem ręki.

- Rzecz najważniejsza: wiesz, po czym pisarza odróżnić od pismaka? Pismakowi książkę wydają, pisarz zaś owoc swej twórczej pracy ogłasza drukiem. Ogłasza, zapamiętaj sobie!

Rozkręcał się dopiero. Wystąpił z przydługim traktatem o sztuce pisania, koniec przemowy okraszając przesłaniem o potrzebie wszczepienia pierwiastka metafizyki w twardą glebę realizmu.

- Metafizyczny wymiar życia mając na względzie, nie sposób… - przerwał. – Ale cóż ty, Piętaszku, z tego zrozumiesz.

Rozmowa mnie zmorzyła, ale w głowie kłębiło mi się od mądrości Robinsona i nijak nie mogłem zasnąć. Nawiedziło mnie wspomnienie pradziadka i jego nieszczęśliwej miłości L’Olele. By uwolnić się od wspomnień, jąłem przelewać myśli atramentem na papier. Było dużo zasadzek, łez i kłapania zębami, bo podstępni Salamakowie w szesnaste urodziny prababki L’Olele zamienili ją w pieczyste. Pisząc, sam wylałem niejedną łzę i rano wręczałem opowieść Robinsonowi z nadzieją, że i on historią nieszczęsnej prababki się przejmie. Przeczytał krzywiąc się straszliwie, wyzwał mnie od miernot i zapędził do pilnowania kóz.

Trzy dni później wyszperałem moją opowieść na dnie kufra Robinsona. Przepisał ją słowo w słowo i opatrzył własnym nazwiskiem.

Robinson i wybory

Mój poczciwy Robinson w świetle ogniska oprawiał nożem kozią skórę i zerkał na mnie spode łba. Kozie kłaki fruwały na wszystkie strony, mewy krążyły wypatrując ochłapów, a Robinson machał ostrzem, że strach mnie zdjął, iż zrobi sobie krzywdę.

- Pora spać – przypomniałem łagodnie.

- Piętaszku – przemówił – czas najwyższy, by formalnym aktem podkreślić społeczną przepaść, która nas dzieli.

Odsunąłem się, bo Robinson ma przykry zwyczaj brać kąpiel ledwo raz na dwa tygodnie.

- Co ci chodzi po głowie, panie?

Patykiem wydłubał z żaru dwa kartofle i jeden mi podsunął.

- Szczęśliwie jest nas dwóch – mruknął, ostrożnie podnosząc wolny ziemniak. – Niech przemówi demokracja.

Kazał mi biec do chaty po kapelusz z palmowych liści. Sprawiłem się szybko. Kiedym powrócił, Robinson odwrócił kapelusz i swój kartofel wrzucił do środka.

- Twoja kolej.

- Na co mi to? – spytałem.

- W drodze wolnego wyboru przypieczętujesz, kto na tej wyspie kim rządzi.

Ze stosu kozich kości wygrzebałem dwa obgryzione paliczki i jeden rzuciłem Robinsonowi.

- Skoro mam wolność wyboru, panie, dlaczegóż miałbym wybrać ciebie? – I przynależną mi kostkę po nieboszczce kozie dołożyłem do kapelusza z kartoflem.

- Tak ten świat jest urządzony, że jeden rządzi, a drugim rządzą. – Sięgnął po drugi kartofel i wrzucił go do kapelusza. Obwieściwszy „zostałeś przegłosowany”, zbiera się do odejścia.

- Hola, hola! Dwa głosy na ciebie, panie, tyleż samo na mnie. – I po tych słowach bliźniaczy paliczek dołączyłem do pierwszego.

- Głupiś, Piętaszku! Nie mogę być twoim panem i, na ten przykład, cerować ci kaftan. W Anglii, skąd pochodzę, kto królem się urodził, królem umiera.

- A jeśli, dajmy na to, z takich czy innych względów któryś król wam się odwidzi?

- Eee – usiłował mnie zbyć – w najgorszym razie traci życie.

Zrozumiałem, że w walce na argumenty przegrałem, bo zaiste z wyższą formą rządów mam do czynienia. Bez wielkiej nadziei spytałem jeszcze:

- Co wówczas z takim czynicie, panie?

- Zależy od kraju, mój durny Piętaszku. Jedni grzebią po chrześcijańsku w ziemi, inni truchło rzucają psom.

A jednak! Popatrzyłem na niego nie bez wyższości.

- Marnotrawicie owoce demokracji, panie – orzekłem twardo. – My swoich zjadamy. – Gałęzią poprawiłem ogień, bo zaczynał dogasać.

Robinson i sława

Mój poczciwy Robinson z samego rana ubrał się odświętnie i wdrapawszy się na palmę, powrósłem przywiązał się do pnia. Godziny mijały, a on ani myślał schodzić. Z początku sądziłem, że wypatruje, czy od strony morza nie nadciąga jakowy ratunek. Zapewne, uznałem, wczorajsze wino za cienkie było i nostalgia za ojczystym domem znów biedaka dopadła.

Wiem, jakiego trzeba mu lekarstwa! Oporządziłem zająca i jąłem nad ogniem opiekać, skapującym tłuszczem polewam pieczone pataty z przydomowego ogródka.

Nawet nie spojrzy!

Użyłem broni ostatecznej. Ulubioną kozę Robinsona, którą tenże własnoręcznie szczotkuje, a w upalne księżycowe noce odwiedza w zagrodzie, ściągnąłem z pastwiska i prowadzę do szopy, gdzie trzymamy katowski pień. Pani Robinson zapiera się i beczy, Robinson siedzi nieporuszony.

Gorzej, bo słońce zaszło i noc się zbliża, wiem już zatem, że nie dla wypatrywania okrętowych masztów na palmę się wdrapał. Nie wytrzymałem. Podszedłem i zadarłszy głowę, niby od niechcenia pytam:

- Co widzisz, panie?

Nie odpowiedział. Poświstuje tylko przez zaciśnięte zęby. Traciłem już nadzieję, gdy raptem słyszę z góry:

- Widzę, jakem nisko upadł.

Przyznaję, złość mnie wzięła. Nikt jeszcze nie wytknął mi tak grubiańsko mego plebejskiego pochodzenia. Przełknąłem obrazę. Mówię słodko:

- Nie trać nadziei, panie. Nie dziś, to jutro, pojutrze, zawinie statek i weźmie cię na pokład.

- Głupiś, Piętaszku, nie o mojej niedoli na wyspie mówię. Z samego rana naszło mnie wspomnienie sromotnej porażki, która naznaczyła dzień mych osiemnastych urodzin. Musisz wiedzieć, że z dawna postanowiłem, iż tego dnia dam wreszcie światu poetę, jakiego daremnie wyglądał. Osiemnaście strzelistych sonetów, które, pisząc, sam podlewałem łzami wzruszenia, skończyłem równo ze wschodem słońca i już w południe przybiłem do drzwi ratusza. Niechże i inni, myślałem, poznają owoc nieprzeciętnego talentu.

- Nader szlachetnie z twojej strony, panie. Nie mów tylko, że spadł rzęsisty deszcz i zmył atrament.

- Wieść się rozeszła. Tłum przed ratuszem gęstniał i nim minęła godzina, wypełnił cały rynek. Ach, Piętaszku, grzałem się w promieniach należnej mi sławy! Na wyścigi cytowano wersy mych sonetów, z czcią wykrzykiwano moje imię i wyliczano przyszłe zasługi dla sztuki. Poczciwi obywatele ułożyli petycję do burmistrza, prosząc, by ofiarował mi najpiękniejszy dom w mieście i dożywotnią pensję.

- Nie przyjąłeś, oczywiście – pochwyciłem, mając na względzie nauki samego Robinsona, że nic tak nie zabija sztuki, jak życie w dostatku.

- Durny Piętaszku – podjął smętnie – godzina nie upłynęła, a po mojej sławie ślad nie pozostał. Bo gruchnęła wiadomość, że na drzwiach teatru zawieszono ucieszne rysunki i wszyscy rzucili się je oglądać. Pojmujesz, Piętaszku? Nagie niewieście piersi i odsłonięte przyrodzenia! Całość oddana wiernie i, a jakże, detalicznie, motłoch aż wyciągał ręce, by tych płaskich rozkoszy zakosztować. I tak oto za sprawą kosmatych łon na forum Erotikonu, mej poezji i sławie zadano śmiertelny cios.

Milczałem, świadom, że gdyby mnie przyszło wybierać, też bym pewnie poświęcił sonety dla gołych piersi. Odważyłem się wszak zapytać:

- Ale czemuś, panie, postanowił zniknąć mi z oczu na cały dzień?

- Chciałem w samotności przeżywać gorycz niesławy.

- Tylko po jakie licho wspiąłeś się na drzewo?

- Bo z góry, Piętaszku – wychrypiał nieprzyjemnie – wydajesz mi się jakiś mały.

Zadarłem głowę, w zapadającym zmroku szukając Robinsona wzrokiem wśród palmowych liści.

- Dziwne – podchwyciłem – bo z miejsca, gdzie stoję, też wydajesz mi się, panie, dużo mniejszy.